Emocje były ogromne. Gdzie umieściłby pan mecz z Brazylijczykami na skali intensywności?
Na samym szczycie. Byłem po pierwszym secie bardzo zatroskany, ale nie ze względu na naszą grę, tylko niesamowity poziom, jaki prezentowali rywale. Atakowaliśmy z ledwie 40-procentową skutecznością przy niezłym przyjęciu - to się nie zdarza. Niesamowite, co robili Brazylijczycy: dotykali każdej piłki, bronili wszystko. Pomyślałem: „Wow! Jeśli utrzymają ten poziom, wygrają 3:0”.
Czytaj więcej
- Wszystko się we mnie gotuje i trudno to opanować - mówi Marcin Janusz. - Rywale byli jak bokser, ale zachowaliśmy czujność - dodaje Kamil Semeniuk. Polacy po wyczerpującym meczu pokonali Brazylijczyków i zagrają w niedzielnym finale mistrzostw świata.
To pana przestraszyło?
Widziałem ich język ciała, a to wiele mówi o pewności siebie. Wyglądali doskonale, na szczęście zmienił to drugi set, kiedy wywarliśmy presję serwisem. Czwarta partia potwierdziła to, o czym przekonał nas mecz z Amerykanami. Jeśli postawisz pod ścianą klasową drużynę, to ona odpowie swoją najlepszą możliwą siatkówką, aby przezwyciężyć trudności. Powiedziałem też moim zawodnikom przed meczem: „Nie wiem kiedy, ale Bruno Rezende wejdzie na boisko”. No i wszedł. To jeden z najlepszych rozgrywających w dziejach siatkówki. Zmienił układ kart na stole.
Po meczu z Amerykanami powiedział pan, że zobaczyliśmy starcie na miarę finału mundialu…
To samo mogę stwierdzić teraz. Wygraliśmy kolejny finał i został jeszcze jeden, bo miały być trzy. Do meczu o złoto nikt nie dostaje się przez przypadek. Mam nadzieję, że pokażemy w nim taki poziom, jak w trzech poprzednich spotkaniach i będziemy w stanie wywrzeć odpowiednią presję na rywalach.
Jak duży wpływ na grę Brazylijczyków miała kontuzja Ricardo Lucarellego?
Dobrze atakował i przyjmował. Próbował utrzymać Brazylijczyków w grze, tak robią wielcy zawodnicy. Nie będę ukrywał - jego nieobecność w tie-breaku nam pomogła. Mam do niego ogromny szacunek, bo do końca starał się pomóc zespołowi. Wniósł do drużyny swoje ego, wykonywał świetną pracę.
Rozgrywający Marcin Janusz powiedział, że to był jego najtrudniejszy mecz w karierze i z jednej strony chciałby już świętować, ale jednak wie, że powinien się powstrzymać…
Powiedziałem mu, że podczas ćwierćfinału grał doskonale w pierwsze tempo i Amerykanie nawet nie umieli dotknąć piłki, choć nieustannie skakali. Teraz tych punktów ze środka zdobyliśmy mniej, bo rywale byli cały czas gotowi. Właśnie dlatego Brazylijczycy są jednym z najlepszych zespołów na świecie. Możesz robić wszystko idealnie, a oni i tak będą na miejscu. Wiem, co czuje Janusz mówiąc, że to nie był jego najlepszy mecz. Kluczowe jest to, że nawet jeśli myśli, że nie spisał się dobrze, to przecież pokonaliśmy jedną z najlepszych drużyn w dziejach siatkówki.
Co z meczu przeciwko Brazylijczykom chciałby pan powtórzyć w finale?
Podejście. My musimy zagrać naszą najlepszą siatkówkę. Myśleć o sobie, a nie o rywalu. Taktyka może być różna, ale każdy przeciwnik wyjdzie na nas z nożem w zębach. Musimy się od wszystkiego odciąć. Myśleć tylko o kolejnym secie, o następnym punkcie. To jest najważniejsze.
Udział w rozmowie brali przedstawiciele kilku redakcji.