Nigdy nie planowałem zajmować się prawem rodzinnym. Kilka lat temu zacząłem pracę w kancelarii adwokackiej, a pierwszą sprawą, jaką dostałem, był segregator z wydrukami wiadomości z WhatsAppa i Messengera. Przez trzy dni czytałem setki rozmów – męża klientki z jego „przyjaciółką”. Nie trzeba było wnikliwej analizy – ilość czerwonych „serduszek”, „płomieni”, „bakłażanów”, „brzoskwiń” czy „kropelek” przeważała nad czarno-białym tekstem. Po raz pierwszy zobaczyłem, że dowodem zdrady mogą być… emoji. Bo przecież po co używać słów, skoro można wysłać sugestywny zestaw owocowo-warzywny?