W najbliższych dziesięciu latach najszybciej będzie rósł popyt na zawody, w których wymagany jest jakiś rodzaj wyższych kwalifikacji- np. dyplom studiów magisterskich, doktorat albo specjalistyczne certyfikaty. Tak wynika z najnowszej prognozy amerykańskiego Departamentu Pracy, który przewiduje rosnący podział w USA między rynkami pracy dla fachowców i specjalistów oraz osób bez konkretnych kwalifikacji. W kolejnych latach ta pierwsza grupa może liczyć na niemal 13 proc. wzrost liczby miejsc pracy, podczas gdy pracy dla absolwentów szkół średnich będzie przybywało trzykrotnie wolniej (3,9 proc.) m.in. w wyniku automatyzacji w przemyśle. Szybciej od nich będzie rósł popyt na pracowników do prostych prac, bez żadnych kwalifikacji (6,9 proc.) , których będzie wchłaniał rozwijający się sektor usług.( np. sprzątanie, opieka). Tyle, że za dużo mniejsze pieniądze niż wolniej rozwijające się budownictwo, czy ograniczający zatrudnienie przemysł.
To są wprawdzie prognozy dla USA, ale trendy na rynku pracy w Europie są podobne, jak dowodzą analizy Komisji Europejskiej. Według nich w 2020 roku 35 proc. miejsc pracy w Unii będzie wymagało wyższego wykształcenia (a te ma niespełna 30 proc. Europejczyków w wieku 25-54 lat). Atuty związane z wykształceniem potwierdza także opublikowany w pierwszym dniu 2016 r. raport Instytutu Badań Edukacyjnych z międzynarodowego projektu badawczego nt. wykluczenia społecznego młodzieży w Europie.
Raport analizuje co prawda przeszłość, a konkretnie lata 2007-13 naznaczone głębokim kryzysem gospodarczym w wielu krajach, ale i w nim widać korzyści z inwestycji w edukację. I to nawet jeśli niedopasowanie studiów do rynku pracy odbiło się na wzroście bezrobocia wśród absolwentów uczelni.
Jak przypominają eksperci IBE, w Polsce bezrobocie wśród niedawnych absolwentów wyższych uczelni (którzy ukończyli studia w ciągu ostatnich czterech lat) sięga13 proc., czyli jest ponad dwukrotnie mniejsze niż wśród absolwentów szkół ponadgimnazjalnych (27 proc.). Ci drudzy częściej też pracują na umowach czasowych, albo też zasilają grupę NEET- czyli osób, które ani się nie uczą, ani nie szkolą, ani nie pracują (przynajmniej legalnie). Jak zwracają uwagę autorzy raportu, po kryzysie z 2008 r. ten brak aktywności NEET-sów częściej był powodem problemów ze znalezieniem pracy niż bierności zawodowej. Kryzys sprawił też, że w całej Europie wzrósł odsetek absolwentów na umowach tymczasowych albo zatrudnionych na część etatu.
Tak jest bowiem w większości analizowanych krajów Europy - z wyjątkiem tych (jak Niemcy, Austria i Dania), które mają dobrze rozwinięte i powiązane z rynkiem pracy szkolnictwo zawodowe i gdzie absolwenci szkół ponad gimnazjalnych szybciej znajdują stałą pracę niż absolwenci uczelni.