Ta historia wydarzyła się na przełomie lat 40. i 50. w północno-zachodniej części dzisiejszej Białorusi (dawnej Wileńszczyzny) w okolicach miejscowości Wilejka, Miadziół, Mołodeczno i Smorgonie. Skrzyknęła się tam grupa młodych ludzi, na czele których stał syn prawosławnego kapłana Rascisłau Łapicki. Nie akceptowali komunizmu i marzyli o wolnej i demokratycznej Białorusi. Ich zbroją była stara francuska maszyna do pisania, która nie miała cyrylicy. Ukrywając się, ręcznie drukowali ulotki po białorusku łacińskim alfabetem, a następnie późną nocą uzbrajali się w klej i rozklejali gdzie tylko się dało. Mieszkańcy bez problemu rozumieli treść, ale bali się nawet zatrzymywać przy apelach nawołujących do walki z komunizmem kończącymi się słowami: „śmierć Stalinowi" i „niech żyje wolna Białoruś". Szeptali o tym w swoich domach, podziwiali odwagę anonimowych autorów. A ci przekonywali, że już niebawem Zachód, a w szczególności Ameryka, rozpocznie wojnę ze Związkiem Radzieckim i że to będzie szansa na utworzenie demokratycznej wolnej Białorusi. Przekonywali, że zachodnie państwa wesprą ich walkę z bolszewizmem. Ale trzeba zrobić tylko pierwszy krok, zacząć walczyć...

Gdy na trop młodych ludzi drukujących ulotki wpadli funkcjonariusze NKWD, kolega zaproponował Łapickiemu ucieczkę z sowieckiej Białorusi przy pomocy znajomych z AK (również działających wtedy na Wileńszczyźnie). Odmówił, postanowił zostać w swojej ojczystej ziemi. Gdy został schwytany, całą winę wziął na siebie. Być może dlatego jako jedyny został rozstrzelany, resztę oskarżonych (przed sądem postawiono 19 osób) wysłano na wiele lat do syberyjskich łagrów.

Czytaj więcej

Szefowa MSZ Estonii: Łukaszenko mówił Merkel, że chce zniesienia sankcji

Rascisłau Łapicki miał 22 lata. Nikt nie przyszedł mu z pomocą, a na Zachodzie, w którym widział sojusznika i z którym wiązał nadzieje, prawdopodobnie nikt nawet nie usłyszał, że został najpierw poddany makabrycznym torturom, a następnie stracony nad wykopanym wcześniej dołem. Komunizm upadł w 1991 roku, a na Białorusi nigdy władze nie postawiły mu pomnika, nie pozwolono nawet pamiętać o nim, do dzisiaj widnieje na liście „wrogów narodu" w archiwach KGB.

Ileż słyszeliśmy przez lata opinii, że naród białoruski nie walczy o swoją wolność, nie sprzeciwia się dyktaturze Łukaszenki, że jest bierny i akceptuje autorytarny reżim. Sprzeciwił się i powiedział „dość" w sierpniu 2020 roku. Łukaszenko utopił we krwi powyborcze protesty, wypełnił więzienia przeciwnikami, kilkunastu najodważniejszych straciło życie, m.in. Raman Bandarenka, Aleksander Tarajkouski, Henadź Szutau, Witold Aszurak.

– Zachód nam pomoże? Prawda? Dociśnie reżim Łukaszenki? – przez ostatnie miesiące wielokrotnie słyszałem to pytanie od ludzi po drugiej stronie granicy. Nie umiałem odpowiedzieć. Jedni nie doczekali się odpowiedzi i przeprowadzili się całymi rodzinami na stałe m.in. do Polski, inni postanowili zostać i wylądowali za kratami wśród już ponad 860 więźniów reżimu. Tak jak Paweł Siewiaryniec, Siarhej Cichanouski, Maria Kalesnikawa czy liderzy mniejszości polskiej Andżelika Borys i Andrzej Poczobut, którzy świadomie pozostali na Białorusi, za wolność naszą i waszą. Mogli wyjść i wyjechać z kraju, prosząc o ułaskawienie „prezydenta Białorusi", ale odmawiają, bo nie uznają go za prezydenta. Siedząc w przepełnionych celach w całkowitej izolacji pewnie zadają sobie pytanie: Czy Zachód pomoże? Czy dociśnie dyktatora? I pewnie wierzą, że tak.

Lepiej niech nie wiedzą o tym, że przywódczyni najważniejszego kraju w Europie zadzwoniła do Łukaszenki, de facto otwierając puszkę Pandory i przełamując utrzymywaną jednomyślność na Zachodzie. Oby nikt do więźniów reżimu nie napisał, że dla własnego komfortu i w obliczu minimalnego ryzyka zakłócenia tego komfortu Europa zapomniała o nich, a ich kraj powierzyła Władimirowi Putinowi. Że dla ich poświęcenia w imieniu demokracji i wolności Zachód nie poświęcił niczego, nawet interesów z dyktatorem. To wszystko podkopuje wiarę w wolną Białoruś, a wiara, zwłaszcza za kratami, jest dla człowieka najważniejsza.