Ta historia wydarzyła się na przełomie lat 40. i 50. w północno-zachodniej części dzisiejszej Białorusi (dawnej Wileńszczyzny) w okolicach miejscowości Wilejka, Miadziół, Mołodeczno i Smorgonie. Skrzyknęła się tam grupa młodych ludzi, na czele których stał syn prawosławnego kapłana Rascisłau Łapicki. Nie akceptowali komunizmu i marzyli o wolnej i demokratycznej Białorusi. Ich zbroją była stara francuska maszyna do pisania, która nie miała cyrylicy. Ukrywając się, ręcznie drukowali ulotki po białorusku łacińskim alfabetem, a następnie późną nocą uzbrajali się w klej i rozklejali gdzie tylko się dało. Mieszkańcy bez problemu rozumieli treść, ale bali się nawet zatrzymywać przy apelach nawołujących do walki z komunizmem kończącymi się słowami: „śmierć Stalinowi" i „niech żyje wolna Białoruś". Szeptali o tym w swoich domach, podziwiali odwagę anonimowych autorów. A ci przekonywali, że już niebawem Zachód, a w szczególności Ameryka, rozpocznie wojnę ze Związkiem Radzieckim i że to będzie szansa na utworzenie demokratycznej wolnej Białorusi. Przekonywali, że zachodnie państwa wesprą ich walkę z bolszewizmem. Ale trzeba zrobić tylko pierwszy krok, zacząć walczyć...