Rz: Jest pan autorem jednego z najbardziej kontrowersyjnych projektów zmian, jakie ostatnio uchwalił parlament...
KRZYSZTOF KRAJEWSKI: Autorem nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, o której mowa, był pracujący w Ministerstwie Sprawiedliwości zespół 15 ekspertów. Ja mu przewodniczyłem. Projekt został poddany uzgodnieniom międzyresortowym i konsultacjom, podczas których powstało wiele merytorycznych opinii.
Zgadza się pan z opinią krytyków noweli, którzy uważają, że Sejm wprowadził legalizację narkotyków?
Nie. To kompletne nieporozumienie. Legalne jest to, po co można pójść do sklepu i kupić – np. cukier, samochód czy lekarstwo. Narkotyki są nadal nielegalne, bo ich produkcja, obrót, sprzedaż, a także posiadanie w celach pozamedycznych pozostają zabronione. Jeśli policja zatrzyma kogoś z narkotykami, są one konfiskowane.
Większość społeczeństwa żyje w przekonaniu, że jeśli coś nie jest zakazane, to jest dozwolone...
Ależ narkotyki właśnie są zakazane! Nie wolno ich kupować, posiadać, sprzedawać. Społeczeństwo musi o tym wiedzieć.
Prokurator będzie mógł umorzyć postępowanie wobec sprawcy złapanego na posiadaniu nieznacznej ilości na własny użytek.
Nowela daje prokuratorowi elastyczność i autonomiczność. Będzie mógł w indywidualnych, zasługujących na to przypadkach umorzyć postępowanie. To nie legalizuje narkotyków, bo będą konfiskowane. Przyjęliśmy rozwiązanie, że lepiej przypadkowo złapanego, najczęściej młodego, człowieka z popularnym jednym skrętem puścić wolno, niż fikcyjnie mnożyć liczbę uzależnionych i karanych za posiadanie.
Sprawa jest jednak dyskusyjna...
Tak, i takie dyskusje prowadzi się na całym świecie. Chodzi nie tylko o kwestię zwalczania narkomanii, ale też o to, jak to robić i jakie rozwiązania mogą powodować skutki uboczne. Rozwiązanie przyjęte ostatnio w Polsce jest wzorowane na zapisie w niemieckim prawie. Tam taki przepis funkcjonuje z dobrymi skutkami już od 30 lat. Odciąża policję od ścigania najdrobniejszych czynów, a równocześnie pozwala lepiej rozwijać działalność profilaktyczną i terapeutyczną. Przyjęte zmiany nie mają nic wspólnego z rozwiązaniami holenderskimi, o których tak dużo mówiono w piątek w Sejmie. W Polsce na zły odbiór noweli miały wpływ media.
Większość przekazywała to, co uchwalił Sejm...
Większość, ale nie wszyscy. Część mówiła właśnie o legalizacji narkotyków albo twierdziła, że „wolno będzie posiadać niewielkie ilości narkotyków". Jeśli coś ma być konfiskowane, to trudno powiedzieć, że wolno to coś posiadać. To jest już masowe wprowadzanie w błąd opinii publicznej. To całe larum na temat prawa karnego i jego roli w zwalczaniu narkomanii opiera się na założeniu, że jak nie będzie kary, to tysiące Polaków rzucą się na narkotyki. A tak przecież nie jest. Są liczne badania prowadzone zarówno w Europie, jak i w Ameryce Północnej, które wyraźnie wskazują na to, że miliony ludzi nie sięgają po narkotyki z zupełnie innych powodów niż grożąca surowa kara. Bo np. boją się o zdrowie, życie, uzależnienie, karierę zawodową itp.
Dyskusja w Sejmie była bardzo agresywna wobec autorów propozycji.
Dyskusja była i jest uzasadniona. To jednak, w jaki sposób przebiegała piątkowa debata, świadczy o tym, że emocje biorą górę nad racjonalnym myśleniem. Debata odbyła się w czasie tzw. kampanijnym i zmiany okazały się wdzięcznym tematem do wystąpień publicznych.
Prace nad projektem powinny się zatem zakończyć dużo wcześniej.
Może i tak, ale my w zespole też musieliśmy przełamywać stereotypy i szukać najlepszych rozwiązań.
Patrząc na całość noweli, można odnieść wrażenie, że posłowie i autorzy propozycji postanowili odpuścić przypadkowo złapanym na posiadaniu nieznacznej ilości narkotyku w zamian za surowsze kary dla dilerów.
Tak można interpretować tę nowelę. Kary dla dilerów podwyższono z górnej granicy dziesięciu lat do lat 12.
Czytaj też
»