21 godzin trwały w Islamabadzie negocjacje pokojowe między USA i Islamską Republiką Iranu, pierwsze  na tak wysokim szczeblu i w wyjątkowej formule, także spotkań przy jednym stole z udziałem pakistańskiego mediatora. Skończyły się nad ranem miejscowego czasu bez porozumienia, z gniewnymi oświadczeniami o nieustępliwości drugiej strony i przypomnieniem, co dla każdej z nich jest czerwoną linią. 

Czytaj więcej

Nie ma porozumienia USA-Iran. J.D. Vance: Teheran nie przyjął naszych warunków

Czy to oznacza, że nie obowiązuje już zawieszenie broni, ogłoszone kilka dni wcześniej na dwa tygodnie, i zaraz Amerykanie wraz z Izraelczykami wrócą do bombardowania Iranu, a ten do odwetowych ataków na cele na Bliskim Wschodzie? Mimo wielkich rozbieżności i braku zaufania, tak nie musi być. Wiceprezydent J. D. Vance, szef amerykańskiej delegacji, zasugerował możliwość powrotu do rozmów, pod warunkiem, że Irańczycy dojrzeją do zaakceptowania kluczowych żądań USA, które oni w niedzielę określali jako przesadne. Prezydent Donald Trump jeszcze w trakcie negocjacji nonszalancko podkreślił (wypowiadając się przed Białym Domem), że nie ma znaczenia, czy dojdzie do porozumienia, czy nie, bo Ameryka i tak już wygrała. 

Czytaj więcej

Jerzy Haszczyński: Donald Trump zamiast niszczenia cywilizacji wybrał irański plan zakończenia wojny

Czy irański program nuklearny to najważniejsza kwestia?

Pakistańczycy wierzą, że USA i Iran „dotrzymają swojego zobowiązania do zawieszenia broni”. Zapewne musiałoby ono być znacznie przedłużone, bo kwestie nuklearne, które Vance wskazał jako najważniejsze, w przeszłości były negocjowane wiele miesięcy. 

Amerykański wiceprezydent wytłumaczył, że dla Trumpa jest kluczowe, aby Iran się jednoznacznie zobowiązał – a tego w Islamabadzie nie zrobił – że nie będzie dążył do posiadania broni jądrowej. Komentując w Islamabadzie zakończone fiaskiem rozmowy, nie wspomniał natomiast o żądaniu natychmiastowego odblokowania Cieśniny Ormuz. A to jest najważniejszy skutek wojny rozpoczętej 28 lutego przez USA i Izrael. Blokada wstrząsa amerykańską i światową gospodarką i może wpłynąć na polityczną przyszłość obozu Trumpa. To z powodu Cieśniny prezydent USA jeszcze w ostatni wtorek groził zniszczeniem irańskiej cywilizacji. 

Potem przeszedł nagle na tryb pokojowy. Wstrzymując wielki atak na Iran zapowiedział na dodatek, że podstawą negocjacji ma być irański 10-punktowy plan długotrwałego rozwiązania konfliktu. 

Podstawą negocjacji miał być irański 10-punktowy plan długotrwałego pokoju. Szef irańskich negocjatorów Ghalibaf: „Ameryka zrozumiała naszą logikę”

A plan ten – w kluczowej, jak to przedstawiał Vance, kwestii – przewiduje, że Iran korzysta z prawa do wzbogacania uranu. Spór o to, czy wzbogacanie przez Irańczyków na niewielkim poziomie, na użytek cywilnej energetyki, to początek drogi do bomby atomowej, trwa od lat. Amerykanie, także w czasach Trumpa, zmieniali stanowisko w tej sprawie. Teraz są najwyraźniej przy opcji: zero uranu, koniec z jakimkolwiek irańskim programem nuklearnym.

Na irańskiej liście, która miała być podstawą negocjacji, są też żądania zniesienia wszystkich sankcji, wypłaty odszkodowań wojennych, wycofania wojsk amerykańskich z baz na Bliskim Wschodzie czy zakończenia (izraelskich) ataków na sojuszników teherańskiego reżimu, takich jak Hezbollah. Zniesienie sankcji wydaje się możliwe, ale nie od razu i nie za nic. Wycofanie USA z regionu oznaczałoby fundamentalną przemianę geopolityczną, której wizja przeraża amerykańskich sojuszników z Półwyspu Arabskiego. 

Biorąc pod uwagę warunki stawiane w 10-punktowym planie przez reżim ajatollahów, trudno było oczekiwać, że pierwsze spotkanie na wysokim szczeblu skończy się ogłoszeniem długotrwałego pokoju. Na następne liczy szef irańskiej delegacji, przewodniczący parlamentu Mohamed Bagher Ghalibaf. – Ameryka zrozumiała naszą logikę i nasze zasady, a teraz powinna zdecydować, czy może zdobyć nasze zaufanie czy też nie – tak Ghalibaf podsumował znaczenie spotkania w Islamabadzie na portalu X. 

Czytaj więcej

Niemal co drugi Polak nie chce, by Europa pomogła Trumpowi z Cieśniną Ormuz

Stanowisko Izraela. Premier Netanjahu tłumaczy, po co były dwie wojny przeciw Iranowi 

Izrael zachowywał się w ostatnich dniach tak, jakby jego negocjacje na temat zakończenia wojny, którą wraz z USA wywołał, jego nie dotyczyły. Nie podporządkował się zawieszeniu broni, które od środy miało obowiązywać także atakowany przez niego Liban.

W sobotę wieczorem, gdy nie był znany wynik rozmów w Islamabadzie, premier Beniamin Netanjahu powiedział rodakom, że choć „kampania [wojenna] jeszcze się nie zakończyła”, to można mówić o historycznych osiągnięciach Izraela – względem  Hamasu, Hezbollahu, jemeńskich Hutich i zwłaszcza „głowy ośmiornicy”, czyli Iranu. Stwierdził też, że gdyby Izrael nie rozpoczął wojen przeciwko Iranowi (w czerwcu zeszłego roku i od 28 lutego tego roku), to Iran miałby już bomby atomowe. „To my do tego nie dopuściliśmy” – podkreślił Netanjahu. Teza o tym, że reżim ajatollahów był bliski wyprodukowania broni nuklearnej, poza Jerozolimą ma jednak nielicznych zwolenników. 

Wielka gra Pakistanu. To był uśpiony gigant świata muzułmańskiego

Jest jeden kraj, który zyskał – Pakistan. Nigdy nie występował w tak ważnej roli. – To historyczna okazja i powód do dumy dla Pakistanu i świata islamu – powiedział w sobotę w przemówieniu do narodu premier Shehbaz Sharif, gdy było już wiadomo, że delegacje z USA i Iranu zmierzają na rozmowy do Islamabadu. 

Czytaj więcej

Irańska opozycjonistka dla „Rzeczpospolitej”: To nie jest nasza wojna

Pakistan to był uśpiony gigant świata muzułmańskiego. Drugi pod względem populacji w tym gronie (około 260 mln, więcej ma tylko Indonezja – około 288 mln). I co znacznie istotniejsze – jedyny muzułmański kraj, posiadający broń atomową, co przed laty było piętnowane, między innymi przez USA, ale ostatnio stało się atrakcją. W zeszłym roku Pakistan podpisał z tego względu pakt o obronie – z bogatą w przeciwieństwie do niego i już wcześniej wpływową – Arabią Saudyjską. 

Politycznie dla Pakistanu nagle zeszły się pozytywne tendencje, zwłaszcza w odniesieniu do wstrząsającej gospodarką światową wojny Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem. Ma dobre stosunki z Ameryką, Iranem i Chinami (cichy supergracz w obecnej rozgrywce). A także ze znaczną częścią państw arabskich i innych muzułmańskich.

Z Ameryką bywało różnie. Pakistan bywał nękany sankcjami, potem stał się kluczowym sojusznikiem spoza NATO w początkach wojny w sąsiednim Afganistanie. Nowe pogorszenie wywołało zabicie na pakistańskiej ziemi w 2011 r. przywódcy Al-Kaidy Osamy bin Ladena, co Amerykanie zrobili najprawdopodobniej bez wiedzy Pakistańczyków. Stosunki poprawiały się już pod koniec kadencji Joe Bidena, ale prawdziwego rozpędu nabrały za Donalda Trumpa. Premier Shehbaz Sharif i wpływowy dowódca armii Asim Munir trafili do grona „przyjaciół Trumpa”. Pakistan stał się jednym z najważniejszych członków założycieli Trumpowej Rady Pokoju. Przypodobał się także, zgłaszając Donalda Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla.

Pakistańczycy, a zwłaszcza marszałek polny Munir, rozwinęli też ostatnio kontakty z Irańczykami, w tym z zawsze wpływowym, a po kilku tygodniach wojny pewnie najważniejszym, Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej. 

Nawet w trudnych czasach Pakistan dyplomatycznie odgrywał istotną rolę w kontaktach Amerykanów z Irańczykami. USA i Islamska Republika nie mają oficjalnych stosunków i ambasad. W Waszyngtonie jest jednak Sekcja Interesów Iranu przy ambasadzie Pakistanu, nieformalnie zwana irańskim konsulatem. W Teheranie podobne zadanie ma ambasada Szwajcarii. 

Obywatele USA mogą uzyskać wizę irańską, choć nie jest to łatwe, muszą przedstawić dokładny plan podróży i odbywać ją w towarzystwie „autoryzowanego przewodnika”, co oznacza totalną kontrolę przez reżim. Nie dotyczy to jednak amerykańskich muzułmanów i to niekoniecznie szyitów (Iran jest szyicką teokracją).