Protest środowiska naukowego przeciw niedofinansowaniu polskiej nauki przebiegł jak przebiegł. Rac, palonych opon i śrub ciskanych w okna nie było, no ale nawet naukowcy nie od razu nauczą się protestować po polsku. Czas przestać krzyczeć, a zacząć myśleć i liczyć.

Jako zdecydowany krytyk władz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego muszę jeszcze tylko uczciwie pochwalić odwagę wiceminister Zioło-Pużuk i wiceministra Gzika. Stanęli przed protestującymi. To naprawdę wymagało odporności, której zabrakło ich szefowi. Najwyraźniej w świecie Marcina Kulaska przywódca woła „Naprzód”, a nie „Za mną”. Tego, co Gzik i Zioło-Pużuk próbowali protestującym powiedzieć, komentować nie będę, bo to ma być tekst trzeźwiący dla protestujących. Ale nawet jeśli wiceministrowie polegli, to polegli jak żołnierze, a nie jak dekownicy. Gloria victis.

Wydatki „na naukę” to kategoria budżetowa. A wydatki na „badania i rozwój” to kategoria statystyczna

Podniesienie nakładów na naukę w Polsce jest kwestią tak ważną dla przyszłości naszego społeczeństwa i państwa, że dusić tego entuzjazmu przed protestem nie wolno było. Ale skoro protest zakończył się godzinę temu, wypada zadać autorom protestu dwa trudne pytania. I wcale nie będą to pytania o to, dlaczego tak wiele było żądań socjalnych, a tak niewiele – jeśli cokolwiek – o konieczności reformy samego systemu nauki w Polsce. To politycy rozstrzygną, na ile jako środowisko jesteśmy tylko jednym z wielu lobby, a na ile naprawdę chcemy zaledwie 3 proc. dla siebie, a 100 proc. dla Polski.

Pytanie pierwsze – czym różni się nauka od badań?

Mam poważne wątpliwości, czy organizatorzy protestu na pewno wiedzą, na co dokładnie domagamy się pieniędzy, powołując się na trzyprocentowe międzynarodowe standardy? Partia Razem o trzech proc. mówi od dawna, a PiS właśnie wziął to na sztandary – rośnie zatem szansa, że premier Tusk zakocha się w polskiej nauce. Trzeba się przygotować do poważnej rozmowy.

Wyjaśnijmy zatem podstawowe nieporozumienie. Owe 3 proc. przywoływane jako poziom wydatków w najlepiej rozwiniętych krajach to nie jest ich poziom nakładów na naukę. To jest poziom nakładów na badania i rozwój. Różnica nieistotna, gdy wspólnie walczymy o to, by politycy naukę zaczęli traktować poważnie. Ale różnica kluczowa, gdy słuszne wiecowe postulaty musimy przekuć na decyzje finansowe i strategię państwa. Bo państwa Unii Europejskiej wcale nie wydają „na naukę” 3 proc. czy – średnio – 2,2 proc. Wydają trzykrotnie mniej.

„Na naukę” pieniądze wydaje rząd. Na „badania i rozwój” pieniądze wydaje zarówno rząd oraz szereg innych podmiotów.

Średnia rządowych alokacji budżetowych na badania i rozwój, czyli tzw. GBARD, wynosi w Unii Europejskiej 0,71 proc. PKB. Najwięcej wydają Niemcy – 1,04 proc. Polska, z poziomem 0,49 proc. jest wyraźnie poniżej średniej UE, ale mniej więcej w połowie stawki określanej liczbą państw. Ale to dalej nie są po prostu „wydatki na naukę”!

Czymże zatem są wydatki na naukę, skoro to nie to samo co wydatki na badania i rozwój? Tutaj zaczyna już robić się trudno, bo nie ma jednego międzynarodowego parametru, który „nakłady na naukę” by mierzył. Najbliższa będzie mu podkategoria „tertiary education” w dziale 9 klasyfikacji COFOG… Trudne? Cóż, to nie wiec – to analiza finansowania nauki.

Ile zatem faktycznie wynoszą nakłady na naukę w Polsce, Europie i na świecie? W Polsce najbliższą budżetową kategorią potocznie nazywaną „wydatkami na naukę” jest dział 730 budżetu państwa: „Szkolnictwo wyższe i nauka”. To potoczne określenie pieniędzy przeznaczanych na cały system nauki: uczelnie, instytuty, PAN, Sieć Badawczą Łukasiewicz, NCN, NCBR, NAWA, doktorantów, subwencje, infrastrukturę, umiędzynarodowienie, administrację systemu itd.  W ustawie budżetowej na 2026 r. wydatki budżetu państwa w dziale 730 „Szkolnictwo wyższe i nauka” zaplanowano na 41,24 mld zł, czyli około 1 proc. prognozowanego PKB. Sama część 28, „Szkolnictwo wyższe i nauka”, pozostająca w dyspozycji ministra Kulaska, wynosi w 2026 r. 34,02 mld zł, a w jej ramach dział 730 – 33,58 mld zł.

Jakie korzyści ze zwiększonych wydatków publicznych na badania i rozwój będzie miał polski biznes

Nie bronię poziomu tych wydatków w Polsce – moim zdaniem są za niskie. Ale to po prostu nie jest to samo, co wydatki na badania i rozwój. W krajach Unii wydatki „na naukę” wynoszą średnio około 0,8 proc. PKB, a najwyższe są na Węgrzech (2,1 proc. PKB) i w Finlandii (1,7 proc. PKB) – ale tu bądźmy bardzo nieufni, bo te wartości nie pochodzą z jednego statystycznego źródła, tylko z analiz budżetów państw. A każdy ma inną strukturę.

Czytaj więcej

Andrzej Dybczyński: Polskiej nauce potrzeba nie reformy, lecz reformacji

Z kolei wydatki na badania i rozwój w Polsce według danych GUS za 2024 r. wyniosły 51,5 mld zł, czyli 1,41 proc. PKB. Ale nakłady na badania i rozwój to kategoria statystyczna opisująca rodzaj działalności, a nie miejsce w budżecie. GUS definiuje działalność B+R jako twórczą, metodyczną pracę podejmowaną w celu zwiększenia zasobów wiedzy oraz tworzenia nowych zastosowań dla istniejącej wiedzy. System nauki nie tylko zaś „zwiększa zasoby wiedzy”, ale zajmuje się również jej przekazywaniem – czyli po prostu kształci setki tysięcy studentów. A z drugiej strony „zwiększaniem zasobów wiedzy” zajmują się nie tylko instytucje systemu nauki, ale również działy badawczo-rozwojowe wielkich przedsiębiorstw, firmy prowadzące usługi badawcze na zlecenie czy startupy technologiczne.

Innymi słowy – wydatki „na naukę” to kategoria budżetowa. A wydatki na „badania i rozwój” to kategoria statystyczna. Nauka to system instytucji. Badania to rodzaj działalności. „Na naukę” pieniądze wydaje rząd. Na „badania i rozwój” pieniądze wydaje zarówno rząd, jak i szereg innych podmiotów.

Analiza wydatków publicznych na naukę oraz ich porównanie do krajów Europy zachodniej wskazuje, że w Polsce wcale nie ma takiego dramatu – wydajemy 1 proc., podczas gdy średnia unijna to 0,8 proc

A zatem „3 proc. na naukę” to hasło, w którego zasadność mogą uwierzyć politycy i wiecujący związkowcy, ale – wybaczcie – nie menedżer nauki. Bo 3 proc. PKB na naukę nie wydaje żaden kraj na świecie! Mistrzostwo świata w poziomie tych wydatków dzierży Chile – z 2,7 proc. PKB, niegonione przez najlepszego prezydenta w historii świata, który na swój system nauki wydaje 2,5 proc. PKB i chce ciąć. Z kolei mistrzem świata w wydatkach na badania i rozwój jest Izrael, z 6,5 proc. PKB. Możemy wspólnie skandować na wiecu „Kulasek do roboty – za trzy tysiące zł”. Ale przy stole rozmów trzeba mieć wiedzę i kompetencje, a nie emocje i zrozumiały żal. Więc w poważnej rozmowie o finansowaniu nauki w Polsce musimy odróżnić owe „wydatki na naukę” od wydatków na badania i rozwój.

Musimy odróżnić 2,2 proc. PKB średnich unijnych całkowitych nakładów na B+R od 0,71 proc. PKB średnich unijnych wydatków publicznych na badania oraz od średnich unijnych 0,8 proc. PKB na system nauki. I wiedzieć, o co walczymy, zanim merytorycznie zdyskwalifikują nas pomocnicy asystentów posłów, którzy w końcu wezmą się do roboty i przygotują dla swoich szefów stosowne analizy. Bo na razie jedziemy na naszym entuzjazmie oraz ich lenistwie, a na tym nie zajedziemy daleko.

Czytaj więcej

Wielki protest naukowców przed Sejmem. „Nauka to nie koszt, to inwestycja”

Pytanie drugie – kto składa się na trzy proc.?

Pytanie drugie do protestujących, których z serca i rozumu wspieram. Czy na pewno wiecie, że owe malowane na plakatach 3 proc. wydatków na badania i rozwój – bo nie „na naukę” – to suma wydatków publicznych i prywatnych?

W średniej unijnej całkowite nakłady na B+R wynoszą ok. 2,2 proc. PKB, ale rządowe alokacje budżetowe na B+R to tylko 0,71 proc. PKB; pozostała część ciężaru spoczywa przede wszystkim na sektorze przedsiębiorstw. Dlatego Krzysztof Bosak – ów niepoprawny libertarianin – ma rację, pytając o to, jakie korzyści ze zwiększonych wydatków publicznych na badania i rozwój będzie miał polski biznes. A Adrian Zandberg – ów niepoprawny socjalista – nie kwestionuje sensu pytania Bosaka, tylko przytomnie na nie odpowiada.

Problemem znacznie poważniejszym, niż niewystarczające nakłady, jest ich marnowanie na nieefektywny, archaiczny i patologiczny system nauki.

Skoro publiczne środki na badania i rozwój to zaledwie część tych środków ogółem, to o jaki wzrost nakładów państwa i na co dokładnie walczymy? Chcemy więcej na system nauki czy na badania i rozwój? A jeśli na system nauki, to podwójnym nadużyciem jest mówienie o 3 proc. wydawanych na ten cel przez kraje rozwinięte lub o unijnej średniej 2,2 proc. Ani 3 proc. ani z budżetu państwa. Co więcej, analiza wydatków publicznych na naukę oraz ich porównanie do krajów Europy zachodniej wskazuje, że w Polsce wcale nie ma takiego dramatu – wydajemy 1 proc., podczas gdy średnia unijna to 0,8 proc.

Z kolei w kategorii rządowych alokacji budżetowych na B+R Polska jest na poziomie ok. 0,49 proc. PKB, czyli o ok. 0,22 pkt proc. PKB poniżej średniej UE wynoszącej 0,71 proc. PKB. PiS obiecuje, że w pierwszym roku po przejęciu władzy doda równowartość 0,3 proc. PKB. To jest około 12,5 mld zł. Wierzcie w to lub nie – jest to na pewno w zasięgu decyzji budżetowych przy minimalnej woli politycznej.

Czytaj więcej:

Raporty ekonomiczne Badacze mają dość polityków. Chcą 3 proc. PKB na naukę i wychodzą na ulice

Pro

Z odróżnienia wydatków rządu na naukę od wydatków całego państwa na badania i rozwój oraz ze zrozumienia, z jak różnych źródeł te środki pochodzą, płyną cztery wnioski.

Naukowo do nauki

Po pierwsze, w protestach środowiska naukowego więcej jest mieszania różnych kategorii, wieloletnich i uzasadnionych frustracji oraz czysto socjalnych żądań, niż chłodnej analizy, wiedzy i rozumnej krytyki polityki kolejnych rządów. Zarówno te frustracje, jak i socjalne żądania są w pełni uzasadnione. Musimy je zaspokoić, ale nie wolno nam ich mylić z kształtowaniem polityki finansowej państwa zarówno w obszarze nauki, jak i w obszarze drugim, bliskim, ale nie tożsamym – obszarze badań i rozwoju. Nagle uwolniony impet środowiska naukowego należy spożytkować, ale nie tylko i nie przede wszystkim do realizacji jego partykularnych interesów socjalnych, lecz do ukształtowania polityki naukowej państwa na dziesięciolecia.

Po drugie, do osiągnięcia niemieckiego poziomu rządowych alokacji budżetowych na B+R ((najwyższy w UE) nie brakuje nam trzykrotności obecnego poziomu, lecz raczej jego podwojenia. Ale to nie są wydatki „na naukę”. Zaś do unijnej średniej rządowych alokacji budżetowych na B+R brakuje nam ok. 0,22 pkt proc. PKB, czyli mniej więcej 45 proc. obecnego poziomu tej kategorii. Zaś nasz „budżet na naukę” jest wyższy od unijnej średniej!

Po trzecie, dążąc do podniesienia nakładów państwa na badania i rozwój do 3 proc. PKB, uwagę musimy skupić na tym, jak zachęcić sektor prywatny do wydatkowania odpowiednio dużych środków na ten cel.

Z perspektywy wartości naukowej jedna trzecia instytutów PAN jest do zamknięcia, połowa polskich uczelni do likwidacji

Zwiększenie wartości komponentu publicznego – rozumianego jako publiczne alokacje budżetowe na B+R oraz finansowanie instytucji nauki – jest stosunkowo proste: wymaga „tylko” decyzji politycznej. Natomiast wzrost nakładów prywatnych wymaga zabiegów znacznie bardziej skomplikowanych – stworzenia odpowiednich regulacji prawnych, masy krytycznej niezbędnej do uzyskania odpowiednich środków, zdrowych i przejrzystych mechanizmów montażu finansowego ze środkami publicznymi. To w Polsce kuleje i kończy się aresztowaniami ludzi nadzorujących powołany do takich celów NCBiR oraz zakładaniem przez Polaków firm technologicznych za granicą.

Gorzka prawda

Wniosek czwarty jest najważniejszy. Skoro wydatki „na naukę” nie są w Polsce aż tak tragiczne – przekraczają unijną średnią – to problem leży nie tyle w wysokości tych środków, lecz przede wszystkim w sposobie ich wydatkowania. I tu wracamy do powtarzanej przeze mnie tezy, że problemem znacznie poważniejszym, niż niewystarczające nakłady, jest ich marnowanie na nieefektywny, archaiczny i patologiczny system nauki. I dlatego należy zacząć od jego reformy.

Czytaj więcej

Katarzyna Kucharczyk: Małżeństwo z rozsądku. Czyli jak pogodzić biznes z nauką

Te wszystkie pseudouczelnie i pseudokatedry oblepione pseudonaukowcami, którzy marnują nasz zbyt skromny, ale wcale nie katastrofalny budżet na naukę, po prostu są kulą u nogi polskiej nauki. Tyle że nikt nie powie publicznie tego, co w prywatnych rozmowach jest powtarzanym truizmem – z perspektywy wartości naukowej jedna trzecia instytutów PAN jest do zamknięcia, połowa polskich uczelni do likwidacji, a masa tzw. „martwego drzewa” – czyli naukowców niezajmujących się nauką ale przepalających pieniądze – do przekwalifikowania na inne zawody. Tego protestujący naukowcy głośno przyznać nie mogą i jest to zrozumiałe. Jednak powinni to powiedzieć ludzie zarządzający systemem nauki i podejmujący decyzje o mechanizmach jego finansowania. Gdyby marnowane co roku środki przekierować tam, gdzie faktycznie uprawia się wartościową naukę, sytuacja już przy obecnym poziomie finansowania zmieniłaby się w sposób zdecydowany.

Wiec się skończył. Politycy niektórych partii chcą podjąć dyskusję. Siądźmy do niej jak ludzie nauki. Przygotowani, uzbrojeni w wiedzę i argumenty, chłodni i rozważni. A nie rozhisteryzowani latami krzywdy, którą musieliśmy znosić.

biogram
Andrzej Dybczyński

Doktor nauk humanistycznych. Absolwent studiów MBA na Franklin University (USA). Od 2018 do 2023 roku sprawował funkcję dyrektora wrocławskiego instytutu Łukasiewicz - PORT. Wcześniej był dyrektorem zarządzającym w KGHM Cuprum Sp. z o.o. oraz menadżerem w firmie IBM. W latach 2013-2015 był konsultantem Ministerstwa Obrony Narodowej oraz ekspertem Forum Debaty Publicznej Kancelarii Prezydenta RP.