W wygłoszonym w lutym exposé minister Radosław Sikorski przekonywał, że w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi nie będziemy frajerami. Nie przepuszczał też żadnej okazji, by podkreślać, ile Polska dopłaca do obecności amerykańskich żołnierzy w naszym kraju, pokrywając koszty ich zakwaterowania i pobytu.

Po decyzji Waszyngtonu o wstrzymaniu rotacji brygady pancernej szybko okazało się jednak, że frajerami najwyraźniej chcemy być nadal. Co więcej, nie przeszkadza nam nawet podbieranie amerykańskich żołnierzy Niemcom – choć jeszcze chwilę wcześniej premier Donald Tusk zapewniał, że nic takiego nie wchodzi w grę.

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump i prezydent Polski Karol Nawrocki rozumieją się bez słów

Był to dla polskiego rządu cios bardzo dotkliwy. Mowa przecież o brygadzie liczącej około 4 tys. żołnierzy, dysponującej 80 czołgami Abrams, bojowymi wozami Bradley, samobieżnymi haubicami Paladin oraz setkami innych pojazdów o łącznej wartości szacowanej na 8–12 mld zł. Aby zrozumieć, jak w Stanach Zjednoczonych mogły zostać odebrane słowa ministra Sikorskiego o rzekomo znakomitym interesie, który Amerykanie robią na obecności swoich wojsk w Polsce, wyobraźmy sobie sytuację odwrotną.

Czytaj więcej

Cezary Tomczyk: Wsparcie dla Polski w USA jest ponadpartyjne. Dzisiaj jesteśmy silniejsi

Załóżmy, że to Polska wysłała analogiczną brygadę na Litwę: wcześniej sfinansowała wyszkolenie żołnierzy, płaci ich żołd i emerytury, a do tego użycza sprzęt wart miliardy. Jak zareagowalibyśmy na litewskie głosy, że robimy świetny interes, bo to oni pokrywają koszty zakwaterowania, a poza tym nie zamierzają już być frajerami i polegać na naszych gwarancjach bezpieczeństwa?

Aż dziw, że Amerykanie tak długo zwlekali z reakcją. Na szczęście – jak można by ironicznie dodać – mamy prezydenta Karola Nawrockiego, bliskiego przyjaciela Donalda Trumpa, co miało skłonić amerykańskiego przywódcę do politycznego U-turnu, czyli odwrócenia decyzji o 180 stopni. Kancelaria Prezydenta wyjaśniła, że cała operacja dyplomatyczna odbyła się za pomocą SMS-ów.

Nie mamy ani dość „Indian”, ani wystarczającej liczby „wodzów”, bez których nie da się prowadzić współczesnej wojny

Spróbujmy więc odtworzyć ten dialog. Prezydent Nawrocki: „Cześć Donald, odwołałeś rotację do Polski i zrobił się u nas syf”. Prezydent Trump: „Dzięki, Karol. U nas też jest syf. Dla ciebie wszystko – odkręcę sprawę i dorzucę jeszcze tysiąc żołnierzy”. Czy to nie dowód, że najważniejsze sprawy państwa można załatwić wiadomością tekstową, nawet bez rozmowy telefonicznej? Przypomina mi się tylko telefon z banku z pytaniem, czy to na pewno ja zleciłem przelew. Można pozazdrościć, że nasi prezydenci nie muszą nawet ze sobą rozmawiać – najwyraźniej rozumieją się bez słów.

Polsce brakuje żołnierzy, więc bezpieczeństwo musi sobie kupić

Tyle że zamieszanie wokół obecności wojsk USA w Polsce wcale nie było śmieszne, bo miało jak najbardziej realne konsekwencje. To powinna być dla nas surowa lekcja. W sferze bezpieczeństwa niemal całkowicie opieramy się dziś na sojuszu z USA. Kupujemy nowoczesny sprzęt – samoloty F-35, śmigłowce Apache, czołgi Abrams. I dobrze.

Źródła problemu z liczebnością armii sięgają 2009 r., kiedy zawieszono powszechny pobór. W efekcie powstała luka pokoleniowa wśród przeszkolonych roczników

Tyle że do prowadzenia wojny potrzeba dziś przede wszystkim trzech rzeczy: ludzi, ludzi i jeszcze raz ludzi. Setek tysięcy dobrze wyszkolonych i gotowych do walki żołnierzy. Kluczowe znaczenie mają głębokie rezerwy, które można szybko zmobilizować do obrony państwa. Wojna w Ukrainie pokazuje jasno, że o wyniku starcia decydują gotowość do poświęceń, odporność na straty i zdolność do długotrwałego wysiłku. Uzbrojenie mogą dostarczyć sojusznicy, ale żołnierzy państwo musi zapewnić sobie samo.

My tymczasem próbujemy bezpieczeństwo po prostu kupić – bez wyrzeczeń, bez ryzyka, bez cierpienia. Politycy kierują się w tym wypadku nie racją stanu, lecz rachunkiem wyborczym, dlatego nie mówią społeczeństwu wprost, z jakimi wyzwaniami naprawdę się mierzymy. A polskiej armii brakuje dziś przede wszystkim jednego: żołnierzy. I to nie tylko szeregowych, lecz także oficerów. Nie mamy ani dość „Indian”, ani wystarczającej liczby „wodzów”, bez których nie da się prowadzić współczesnej wojny.

Czytaj więcej

Mniej samolotów, dronów i okrętów. USA mają ciąć wsparcie dla NATO

O zdolności do obrony wciąż przesądza liczebność liniowych wojsk lądowych: załóg czołgów, artylerzystów, piechoty zmechanizowanej. W Polsce te siły liczą około 40–45 tys. żołnierzy. W Ukrainie – 450–500 tys. A więc ponad dziesięć razy więcej. I nawet tam okazuje się to niewystarczające. Żołnierze są potrzebni zarówno do obsługi sprzętu specjalistycznego, gdzie liczy się jakość, jak i do użycia prostych środków walki na masową skalę, gdzie liczy się ilość. Podstawowym narzędziem walki stały się dziś bezzałogowce – drony. Ukraina produkuje ich rocznie miliony, podczas gdy my operujemy zaledwie tysiącami.

Skoro nie potrafimy rozwiązać strukturalnego problemu polskiej armii, nie pozostaje nam nic innego niż kupowanie bezpieczeństwa za gigantyczne pieniądze

Źródła problemu z liczebnością armii sięgają 2009 r., kiedy zawieszono powszechny pobór. W efekcie powstała luka pokoleniowa wśród przeszkolonych roczników. Dzisiejszą rezerwę tworzą głównie czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie, a każdego roku ubywają dziesiątki tysięcy ludzi z wojskowym przeszkoleniem, których nikt nie zastępuje. Jeżeli dalej będziemy jedynie podnosić wiek osób objętych mobilizacją, to w końcu zostaną nam w rezerwie sami dziadkowie. A oni, jak wiadomo, też nie są wieczni.

Oczywistym rozwiązaniem byłoby przywrócenie poboru, co budzi jednak przerażenie polityków i wojskowych. Nie tylko dlatego, że młodzi ludzie nie garną się dziś do wojska. Problemem jest również brak koszar, infrastruktury szkoleniowej i odpowiedniej liczby poligonów. Największy kłopot leży jednak gdzie indziej: brakuje oficerów, którzy mogliby szkolić nowych poborowych. Tego deficytu nie da się zasypać propagandą ani improwizacją.

Odsetek oficerów w Wojsku Polskim wynosi dziś 12,6 proc., podczas gdy średnia w państwach NATO sięga 20 proc. Dlaczego? Bo w Polsce średni wiek przechodzenia oficera na emeryturę to zaledwie 45–47 lat. Dla porównania: w Niemczech, Czechach czy na Węgrzech podobne kadry służą mniej więcej do 65. roku życia.

Skoro nie potrafimy rozwiązać strukturalnego problemu polskiej armii, nie pozostaje nam nic innego niż kupowanie bezpieczeństwa za gigantyczne pieniądze wydawane na uzbrojenie, którego realna przydatność na polu walki bywa co najmniej dyskusyjna. To w istocie forma okupu za ochronę, bo sami nie dysponujemy najważniejszym czynnikiem odstraszania: setkami tysięcy przeszkolonych żołnierzy. Potencjalny przeciwnik musi być bowiem przekonany nie tylko, że wojsko utrzyma linię frontu, lecz także że społeczeństwo nie załamie się, gdy zabraknie mu prądu i ogrzewania w środku zimy.

biogram

Jacek Czaputowicz

Profesor na Uniwersytecie Warszawskim, w latach 2018-2020 był ministrem spraw zagranicznych

Wojsko potrzebuje reformy

Konkluzja musi być gorzka, bo sytuacja jest znacznie poważniejsza niż politycy są gotowi przyznać. Samo przywrócenie poboru – już dziś trudne politycznie i organizacyjnie – będzie niemożliwe bez gruntownej reformy systemu emerytalnego służb mundurowych. A z perspektywy polskiej polityki to wyzwanie niemal równie trudne jak sam scenariusz odparcia militarnego ataku ze strony Rosji. Nie wierzę, by obecne elity były gotowe się z nim zmierzyć.

Czytaj więcej

Sondaż: Czy przywrócić pobór do wojska? Najmłodsi Polacy są przeciw

Bardziej prawdopodobny wydaje się dalszy ciąg znanej już strategii: ukrywanie realnych problemów armii, epatowanie społeczeństwa kolejnymi zakupami wojskowych gadżetów i dalsze płacenie Amerykanom za ochronę. Jeśli państwo nie chce samo ponosić kosztów własnego bezpieczeństwa, pozostaje mu rola klienta. A klienci muszą się liczyć z tym, że od czasu do czasu ktoś przypomni im, gdzie jest ich miejsce w szeregu.