W przypadku Aleksandra Miszalskiego na pewnym etapie doszło do erozji elementarnej powagi urzędu
Dlatego mam wrażenie, że ta gra toczy się przede wszystkim o doprowadzenie do przedterminowych wyborów. Dopiero wtedy zobaczymy, jacy aktorzy rzeczywiście wejdą do gry, kto będzie w stanie zaproponować realny program i jakie pomysły na rozwiązanie problemów Krakowa faktycznie się pojawią.
Jak więc pan ocenia dziś szanse samego referendum? I co pańskim zdaniem będzie czynnikiem decydującym o jego
powodzeniu albo porażce?
Kluczowym wyzwaniem na tym etapie jest zbiórka podpisów. Formalnie potrzeba ich około 58 tys., ale biorąc pod uwagę specyfikę Krakowa – dużą liczbę studentów, turystów oraz osób mieszkających w aglomeracji, a niekoniecznie zameldowanych w mieście – w praktyce trzeba zebrać raczej 100-120 tys. podpisów, żeby mieć pewność, że wniosek będzie ważny. Dopiero później pojawia się drugi próg: ok. 150 tys. głosów potrzebnych, by samo referendum było wiążące i faktycznie doprowadziło do odwołania Aleksandra Miszalskiego.
Na dziś kluczowe jest więc tempo zbiórki podpisów. I ono jest imponujące. Z ostatnich informacji wynika, że w pierwszych pięciu dniach udało się zebrać ponad 20 tys. podpisów. Oczywiście z każdym kolejnym dniem będzie trudniej, bo najbardziej zmobilizowani już się podpisali, a później trzeba będzie docierać do osób mniej zaangażowanych.
Mimo to jeśli utrzyma się choć część obecnej dynamiki, matematyka zaczyna działać na korzyść inicjatorów referendum. Na tym etapie wszystko wskazuje na to, że referendum ma realne szanse, by się odbyć. Ostateczny wynik będzie zależał od dalszej mobilizacji i tego, czy uda się przekuć początkowy entuzjazm w trwałe poparcie aż do dnia głosowania.
W drugiej turze
wyborów w 2024 r. na Łukasza Gibałę zagłosowało 128 269 osób. Tymczasem próg ważności
referendum to 158 247 osób. Oznacza to, że opozycja musi zmobilizować o 30 tys. osób więcej, niż wyniosła baza
wyborcza Gibały w 2024 r.
Do gry dziś weszły środowiska, które wcześniej były politycznie mało widoczne albo wręcz pasywne: przede wszystkim prawica, środowiska kierowców oraz kręgi związane z Konfederacją. W poprzednich wyborach nie miały one wyraźnej reprezentacji ani silnej motywacji do działania, dziś natomiast w dużej mierze współtworzą rdzeń protestu i są jednymi z najbardziej aktywnych uczestników całego procesu.
To oczywiście zwiększa potencjał mobilizacyjny referendum, ale jednocześnie nie rozwiązuje wszystkich problemów. Wyzwanie organizacyjne pozostaje ogromne, zwłaszcza w obecnych warunkach. Zbiórka podpisów przy rekordowych mrozach jest znacznie trudniejsza niż w cieplejszych miesiącach, a to może wyhamować dynamikę, którą widzieliśmy na początku. Entuzjazm pierwszych dni zderza się tu z fizycznym wysiłkiem i zmęczeniem wolontariuszy.
Dlatego kluczowe będzie to, czy te nowo zmobilizowane środowiska okażą się zdolne do długotrwałego działania, a nie tylko krótkiego zrywu. Jeśli uda im się utrzymać tempo mimo trudnych warunków pogodowych i organizacyjnych, referendum pozostanie realnym scenariuszem. Jeśli jednak mobilizacja zacznie szybko słabnąć, to właśnie na etapie zbiórki podpisów cały proces może się zatrzymać. Dodatkowo moim zdaniem silnie widoczna jest też emocja antyrządowa. W momencie wyboru Aleksandra Miszalskiego Koalicja Obywatelska była na fali, tuż po odbiciu Polski z rąk PiS. Dzisiaj dla części wyborców emocje się odwróciły, dziś Aleksander Miszalski jest silnie kojarzony z KO, która nie dowozi swoich obietnic, zawodząc kolejne grupy społeczne. Kraków może stać się więc referendum przeciwko rządowi.
Na koniec jeszcze jedno pytanie nawiązujące do pana
książki „Poza największymi”, w której pisze pan o kryzysie miast średnich w Polsce.
Skoro z jednej strony średnie miasta przeżywają poważny kryzys, a z
drugiej widzimy, że również tak silne ośrodki jak Kraków – drugie największe
miasto w kraju, z ogromnym zapleczem akademickim, kulturalnym i turystycznym –
także zmagają się z poważnymi problemami, to czy nie jest tak, że po okresie
gwałtownego rozwoju, napędzanego m.in. funduszami unijnymi, polskie miasta weszły w fazę ogólnego kryzysu? I czy to nie rodzi dziś fundamentalnego
pytania o to, co dalej z polityką miejską w Polsce?
Z drugiej strony przykłady Jacka Sutryka czy Hanny Zdanowskiej pokazują, że nawet przy długiej liście kontrowersji i błędów da się utrzymać władzę przez kolejne kadencje i nie kończy się to referendum odwoławczym. To jest istotny punkt odniesienia. W Krakowie problemem nie jest więc samo istnienie „złych rzeczy w portfolio”, bo to dotyczy praktycznie każdego dużego miasta. W mojej ocenie kluczowe jest coś innego: moment utraty powagi. W przypadku Aleksandra Miszalskiego na pewnym etapie doszło do erozji elementarnej powagi urzędu. Dla wielu osób – także na poziomie estetycznym i symbolicznym – zaczęło to godzić w wizerunek miasta i samego prezydenta. On przestał być postrzegany jako poważny polityk. A jeśli prezydent przestaje być poważny, to mieszkańcy nie chcą już nawet, żeby „reprezentował miasto wizerunkowo”.
To jest szczególnie istotne w przypadku Krakowa, który przez lata był w dużej mierze samograjem. Od lat 90., obok Warszawy, był jednym z największych beneficjentów transformacji i globalizacji. Rozwój centrów usług wspólnych, IT, napływ zagranicznego kapitału – to wszystko sprawiało, że miasto rosło niemal samo, oferując dobrą pracę i stabilność. Ten model zaczyna się jednak wyczerpywać. Dziś ok. 20 proc. powierzchni biurowych stoi pustych, coraz częściej pojawiają się informacje o zwolnieniach grupowych – tylko w zeszłym roku objęły one ok. 3 tys. miejsc pracy.
Zmianę widać szczególnie wśród młodych ludzi. To oni najmocniej odczuwają przetasowania na rynku pracy. Dziś w Krakowie mamy ok. 2,5 tys. bezrobotnych poniżej 30. roku życia, w dużej mierze osób z wyższym wykształceniem
Do tego dochodzą szersze trendy: automatyzacja i AI wypychające prostsze stanowiska, a także rosnące koszty pracy w Polsce, które sprawiają, że dla wielu firm bardziej opłacalne staje się przenoszenie części działalności do Indii czy innych tańszych krajów. W takiej sytuacji naturalne jest pytanie, czy władze publiczne nie powinny na te procesy aktywnie reagować i proponować nowej strategii rozwoju.
Tymczasem wrażenie jest takie, że Aleksander Miszalski, nie proponując żadnej spójnej odpowiedzi na te wyzwania, jedynie zaostrza obawy i pogłębia poczucie dryfu. Brak wizji w momencie, gdy dotychczasowy model rozwoju zaczyna się kruszyć, jest dla miasta szczególnie groźny. I to, moim zdaniem, najlepiej tłumaczy skalę dzisiejszego kryzysu zaufania.
Czy kryzys cywilizacyjny, o którym mówimy w kontekście
dużych i średnich miast, a który wiąże się m.in. ze zmianami technologicznymi oraz wpływem AI na rynek pracy, w Krakowie jest już realnym kryzysem, czy to jednak przesada i mówienie o „polskim Detroit” to zbyt daleko idąca analogia?
W Krakowie pracuje dziś ok. 105 tys. osób w sektorze BPO, szeroko rozumianych centrów usług biznesowych. Szacunki mówią, że mniej więcej 40 proc. tych miejsc pracy dotyczy prostych, powtarzalnych zadań, a więc takich, które relatywnie łatwo mogą zostać zautomatyzowane albo przeniesione gdzieś indziej. Szereg firm zapowiada kolejne zwolnienia.
Jednocześnie nie jest to obraz jednoznaczny. Sytuacja jest bardziej złożona niż prosta wizja gwałtownego załamania. Nie mamy do czynienia z jednym momentem kryzysowym, tylko z procesem zmiany. To, co jednak wyraźnie się kończy, to dotychczasowa narracja prorozwojowa – przekonanie, że Kraków będzie rósł niemal w nieskończoność, przyciągając kolejne inwestycje i miejsca pracy.
Zmianę widać szczególnie wśród młodych ludzi. To oni najmocniej odczuwają przetasowania na rynku pracy. Dziś w Krakowie mamy ok. 2,5 tys. bezrobotnych poniżej 30. roku życia, w dużej mierze osób z wyższym wykształceniem. Teoretycznie to oni powinni zasilać nowe kadry sektora BPO, ale problem polega na tym, że takich nowych miejsc pracy po prostu już nie przybywa.
I to jest moment, w którym zaczyna pojawiać się napięcie. Nie mamy jeszcze katastrofy, ale mamy wyraźne sygnały ostrzegawcze. Dotychczasowy model rozwoju przestaje działać, a w jego miejsce nie pojawiła się żadna nowa, przekonująca opowieść ani strategia. I właśnie w tym obszarze widać dziś największą pustkę.
Czyli wygląda na to, że polityka miejska –
nawet w dużych miastach, a tym bardziej w średnich – przestała być samograjem.
Skończył się model, w którym wystarczyło dostać pieniądze z Unii, wybudować
kilka rzeczy, postawić jakiś landmark – trochę jak w grze SimCity – i wszyscy byli
zadowoleni. To chyba szerszy,
cywilizacyjny moment.
Tak, potrzebny jest inny model przywództwa. Jeśli spojrzymy na miasta, które potrafiły sobie poradzić lepiej, to bardzo często widać u nich jakąś formę specjalizacji: świadomy wybór sektorów, w które chcą inwestować, próbę przyciągania określonych firm, a przede wszystkim jasne rozpoznanie własnych mocnych i słabych stron. To wymaga myślenia strategicznego, a nie tylko administrowania bieżącymi sprawami.
Mam poczucie, że w Krakowie przez lata wiele procesów toczyło się obok siebie, w sposób silosowy. Poszczególne branże rozwijały się raczej siłą inercji niż w wyniku świadomej polityki miasta. Dziś szczególnie wyraźnie widać to w kontekście sektora BPO, który był jednym z filarów krakowskiego rozwoju. To właśnie tu pojawia się realne wyzwanie i właśnie tu wyborcy oczekują, że ktoś zaproponuje odpowiedź: co dalej, jak miasto chce reagować na zmiany technologiczne i strukturalne na rynku pracy.
Tymczasem Aleksander Miszalski w ogóle tego tematu nie podjął. Nie pojawiła się żadna diagnoza ani próba zarysowania kierunku. I w mojej ocenie to jest kolejny element tej narastającej emocji: poczucie, że w obliczu realnych, nowych problemów miasto pozostaje bez strategii i bez lidera, który byłby gotów się z nimi zmierzyć.
Rozmówca
Dr Karol Wałachowski
Urodzony w 1992 r. w Częstochowie ekonomista specjalizujący się w politykach publicznych i rozwoju miast, adiunkt na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie i publicysta. Doradza instytucjom publicznym, mając w swoim CV m.in. Ministerstwo Rozwoju, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej, POT i samorządy terytorialne. Autor książki „Poza Największymi. Studium o byłych stolicach województw”