Reklama

Dr Karol Wałachowski: Odwołanie prezydenta Krakowa może przerodzić się w referendum przeciwko rządowi

W mojej ocenie poziom kolesiostwa po zaledwie roku rządów Aleksandra Miszalskiego w Krakowie jest wyższy niż po 22 latach prezydentury Jacka Majchrowskiego, co pokazuje, jak szybka była ta dynamika – mówi dr Karol Wałachowski, ekonomista specjalizujący się w politykach publicznych i rozwoju miast, adiunkt na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie.

Publikacja: 06.02.2026 04:30

Aleksander Miszalski

Aleksander Miszalski

Foto: PAP/Art Service

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jakie były przyczyny nieudanej komunikacji prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego z jego wyborcami?
  • Dlaczego nowe plany polityczne w Krakowie wywołują frustrację mieszkańców?
  • W jaki sposób problemy finansowe wpływają na rozwój Krakowa?
  • Jakie kontrowersje wzbudziły nowe przepisy transportowe w mieście?
  • Co sprawia, że polityczne niezadowolenie w Krakowie narasta?
  • Jakie wyzwania stoją przed przyszłym przywództwem miejskim w kontekście zmieniającej się gospodarki?

Od redakcji: Po blisko dwóch latach rządów prezydenta Aleksandra Miszalskiego w Krakowie ruszyła inicjatywa zbiórki podpisów pod referendum dotyczącym odwołania go z funkcji. W rozmowie z „Rzeczpospolitą” dr Karol Wałachowski tłumaczy, skąd wziął się tak szybki spadek zaufania, co zawiodło wyborców i dlaczego miasto przestało być politycznym samograjem. Od lat 90., obok Warszawy, Kraków był jednym z największych beneficjentów transformacji i globalizacji. Rozwój centrów usług wspólnych, IT, napływ zagranicznego kapitału – to wszystko sprawiało, że miasto rosło niemal samo, oferując dobrą pracę i stabilność. Ten model zaczyna się jednak wyczerpywać.

Reklama
Reklama

Czy zaskoczyła pana próba zorganizowania referendum w Krakowie? 

Nie, to mnie nie zaskoczyło. Ta emocja narastała i w mojej ocenie jest ona w dużej mierze efektem pustki – zarówno narracyjnej, jak i politycznej – którą Aleksander Miszalski wytworzył po wygranych wyborach. Po 22 latach rządów Jacka Majchrowskiego, a zwłaszcza po jego ostatniej, wyraźnie niemrawej kadencji, istniało silne oczekiwanie, że coś się w Krakowie wydarzy, niezależnie od tego, w którą stronę pójdą zmiany. Tymczasem nowy prezydent w dużej mierze skupił się na swoim otoczeniu oraz na komunikacji, przy czym bardzo szybko się okazało, że nie bardzo ma co komunikować. W efekcie ta komunikacja zaczęła sprawiać wrażenie mało poważnej. Do tego doszły deklaracje bez realnego pokrycia – jak choćby zapowiedzi budowy metra, na które Kraków nie ma środków i nie widać dziś żadnych realnych perspektyw finansowania z Warszawy. To wszystko prowadzi do szybkiego zmęczenia prezydentem Miszalskim. Jego zwolennicy, poza odruchową obroną własnego obozu politycznego, coraz częściej nie mają już konkretnych argumentów, by tej obrony skutecznie dokonywać.

Czy nie jest tak, że to jest w gruncie rzeczy problem całej Koalicji Obywatelskiej?

Na poziomie ogólnopolskim takim punktem odniesienia jest chęć zatrzymania PiS, obrona praworządności czy szerzej rozumiane hasła antyautorytarne. Natomiast lokalna scena polityczna w Krakowie funkcjonuje inaczej. Tutaj tym punktem odniesienia nie jest żadna duża partia, lecz raczej postacie ponadpartyjne lub przynajmniej tak się przedstawiające, jak Łukasz Gibała, a także szereg mniejszych środowisk i inicjatyw lokalnych. W efekcie przez dłuższy czas brakowało jednego, wspólnego mianownika, wokół którego ta scena mogłaby się porządkować.

Czytaj więcej

Prezydent Krakowa Aleksander Miszalski może stracić stanowisko
Reklama
Reklama

W tej sytuacji próba obalenia prezydenta Aleksandra Miszalskiego stała się właśnie takim punktem odniesienia. Patrząc na dynamikę wydarzeń, zaskakuje tempo, w jakim to się dokonało. Jeszcze miesiąc temu pojawiały się raczej nieśmiałe sygnały, że być może temat referendum się pojawi, że coś zacznie się dziać. Tymczasem gdy proces faktycznie ruszył, bardzo szybko i bardzo wyraźnie opowiedziało się za nim wiele środowisk politycznych. To pokazuje, jak płytka była legitymacja nowego prezydenta i jak szybko wyczerpał się kredyt zaufania, który otrzymał po wyborach.

Ja jestem z Krakowa i wiele osób mnie teraz pyta ze świata polityki: „Co się stało?”. Kraków to w końcu symbol globalnego sukcesu Polski.

Rządzenie dużymi metropoliami bywa relatywnie łatwiejsze, bo one rozwijają się szybciej niż reszta kraju, często siłą inercji. W XXI w. dostęp do młodych, wykwalifikowanych ludzi stał się najważniejszym czynnikiem rozwojowym, stąd przewaga metropolii nad resztą. Jakość rządzenia jednak dużo wyraźniej widać w miastach średniej wielkości, gdzie prezydent rzeczywiście może coś zmienić. W dużych miastach jest łatwiej, ale to nie znaczy, że nie trzeba mieć pomysłu, konkretów i realnych działań. A tu mam wrażenie, że właśnie tego zabrakło. Widzę co najmniej cztery główne powody, dla których prezydent Aleksander Miszalski znalazł się dziś w tak trudnej sytuacji.

Jakie to powody?

Po pierwsze, sposób rządzenia, czyli bardzo wyraźne partyjnictwo, to, co bywa określane mianem epidemii kolesiostwa. Traktowanie polityki jako łupu partyjnego jest w Krakowie wyjątkowo jaskrawe. Oczywiście władza deprawuje i widać to w różnych samorządach, gdzie z każdym kolejnym rokiem pojawia się coraz więcej nepotyzmu i niejasnych powiązań. Ale w tym przypadku skala jest uderzająca. W mojej ocenie poziom kolesiostwa po zaledwie roku rządów Miszalskiego jest wyższy niż po 22 latach prezydentury Jacka Majchrowskiego, co pokazuje, jak szybka była ta dynamika. Mamy radnych, którzy nagle zostają dyrektorami spółek miejskich, zasiadają w kilku radach nadzorczych, osoby bez odpowiednich kwalifikacji obejmujące ważne funkcje doradcze czy osoby bliskie Koalicji Obywatelskiej otrzymujące sześciocyfrowe premie. To wszystko bardzo mocno razi.

Po drugie, sytuacja finansowa miasta. Jest ona dziś jedną z najgorszych w Polsce. Dług Krakowa pod koniec roku wyniesie co najmniej 9 mld zł, podczas gdy w momencie przejmowania władzy było to ok. 6 mld zł. Mówimy więc o dokładaniu w zasadzie co roku kolejnego miliarda zadłużenia. Sam koszt obsługi długu to ok. 420 mln zł rocznie, czyli ogromna kwota. Dla porównania, zadłużenie Poznania to ok. 3 mld zł, a Wrocławia nieco ponad 5 mld zł. Na tle innych dużych miast Kraków wypada zdecydowanie źle. Co gorsza, nie widać konkretnych przyczyn narastającego długu.

Po trzecie, niski poziom wydatków inwestycyjnych. Wskaźnik inwestycji jest wyraźnie niższy niż w innych miastach, co tylko potwierdza, że z finansami miasta dzieje się coś niedobrego. Brakuje wyraźnych impulsów rozwojowych, a polityka finansowa sprawia wrażenie krótkowzrocznej.

Reklama
Reklama

I wreszcie po czwarte, decyzje bezpośrednio odczuwalne przez mieszkańców. Drastyczne podwyżki cen komunikacji publicznej, a zarazem cięcia w ofercie transportowej. To są rzeczy, które bardzo szybko przekładają się na codzienne doświadczenie ludzi. W efekcie powstaje obraz prezydenta, który dba przede wszystkim o swoich, a odbywa się to kosztem mieszkańców i pogorszenia jakości życia w mieście. To właśnie ta kombinacja czynników sprawia, że frustracja narasta tak szybko.

A co z relacjami z centralą, z Warszawą? Prezydent w trakcie kampanii sugerował, że przynależność do KO pomoże mu w załatwianiu spraw Krakowa w stolicy.

Tak, to jest w mojej ocenie kolejny bardzo istotny element tej układanki. W kampanii wyborczej 2024 r. Donald Tusk wprost sugerował, że zwycięstwo Platformy Obywatelskiej i Aleksandra Miszalskiego przełoży się na realne wsparcie ze strony rządu, w tym na pieniądze na metro w Krakowie. Tymczasem do dziś z budżetu centralnego nie została przekazana na ten cel ani jedna złotówka. Zapowiedzi pozostały wyłącznie na poziomie deklaracji.

Podobnie wygląda w kwestiach mniej znaczących, ale dla Krakowa bardzo dotkliwych, jak choćby opłata turystyczna. Brak możliwości jej wprowadzenia oznacza dla miasta stratę rzędu kilkudziesięciu milionów złotych rocznie – pieniędzy, które mogłyby realnie zasilać budżet i łagodzić skutki masowej turystyki. Dziś koszty tej turystyfikacji ponoszą głównie mieszkańcy, a korzyści w dużej mierze zatrzymują się w sektorze turystycznym.

To samo dotyczy regulacji najmu krótkoterminowego, w tym Airbnb. Takie rozwiązania były zapowiadane, a problem jest w Krakowie wyjątkowo dotkliwy – wpływa na rynek nieruchomości, przyspiesza gentryfikację i wypychanie mieszkańców z centrum miasta. Owszem, istnieje unijne rozporządzenie, które rząd będzie musiał wdrożyć, ale to oznacza działanie z opóźnieniem i pod presją Brukseli, a nie efekt skutecznego lobbingu miasta w Warszawie.

Czytaj więcej

Ireneusz Raś dla „Rzeczpospolitej”: każdy lokal będzie musiał mieć swój regulamin

W efekcie widać wyraźnie, że partyjna legitymacja prezydenta nie przełożyła się na realny wpływ na decyzje rządu. Dla Krakowa nie udało się wywalczyć ani dużych pieniędzy, ani kluczowych regulacji. To dodatkowo podkopuje wiarygodność Miszalskiego i wzmacnia poczucie, że zapowiadane wsparcie z Warszawy było raczej elementem kampanijnej narracji niż realnym planem działania.

Reklama
Reklama

Wracając jeszcze do tematu metra – było ono przecież przedmiotem referendum. I jeszcze za czasów prezydenta Jacka Majchrowskiego mieszkańcy opowiedzieli się za jego budową.

To prawda, metro ma w Krakowie bardzo silny wymiar symboliczny. Jest znakiem aspiracji – przekonania, że jeśli miasto chce „wskoczyć poziom wyżej”, to musi upodobnić się do Warszawy czy innych dużych metropolii i takie metro posiadać. Ta potrzeba symboliczna i aspiracyjna jest realna i trudno ją ignorować. Referendum sprzed lat pokazało zresztą, że mieszkańcy w dużej mierze chcą tego projektu.

Problem polega jednak na tym, że aspiracja została tu całkowicie oderwana od realiów. Plany metra przygotowane przez Jacka Majchrowskiego zostały wyrzucone do kosza, a Aleksander Miszalski rozpoczął proces planowania od nowa. To oznacza, że nawet jeśli w tym projekcie kiedykolwiek zostanie wbita łopata, to stanie się to najwcześniej za sześć–siedem lat. A to z kolei oznacza, że metro w żadnym wariancie nie powstanie w trakcie jego kadencji.

Czytaj więcej

Sąd: Krakowska Strefa Czystego Transportu legalna, ale wymaga zmian

Tymczasem wizerunkowo budowana jest narracja, że wszystko jest już gotowe: jest pomysł, są mapy, za chwilę zacznie się realizacja. To jednak nie przekłada się na rzeczywistość. Wystarczy spojrzeć na liczby. Dług miasta drastycznie ogranicza możliwości dalszego zadłużania się. Do tego realne koszty budowy metra to rząd 20-30 mld zł. To są kwoty całkowicie nieosiągalne do sfinansowania na poziomie lokalnym.

W efekcie mamy projekt, który dobrze wygląda w warstwie symbolicznej i komunikacyjnej, ale w warstwie finansowej i instytucjonalnej pozostaje pustą deklaracją. Aspiracja zderza się tu z twardą ścianą realiów, a to właśnie ten rozdźwięk najbardziej frustruje mieszkańców.

Reklama
Reklama

A czy nie jest też tak, że temat odwołania prezydenta Miszalskiego został w pewnym momencie przechwycony przez różnego rodzaju ekstremizmy? Mam na myśli np. środowiska skrajnie prawicowe mobilizujące się wokół strefy czystego transportu.

W przypadku strefy czystego transportu rzeczywiście popełniono szereg błędów. Ja sam początkowo uważałem, że to nie będzie temat, który tak mocno się przebije w opinii publicznej, ale okazało się, że bardzo silnie uderzył on w elektorat o bardziej wolnościowym nastawieniu. To zostało odebrane jako ograniczenie wolności. Nawet jeśli jako mieszkaniec Krakowa mogę nadal poruszać się starszym samochodem, to łatwo empatyzować z osobami dojeżdżającymi spoza miasta, które realnie zostały tymi regulacjami dotknięte.

Problemem był też sam sposób wprowadzenia strefy. Objęcie nią ponad 60 proc. powierzchni miasta nastąpiło bez zapewnienia realnych alternatyw. Brakuje parkingów typu park&ride, komunikacja aglomeracyjna w wielu miejscach działa słabo, więc dla części osób oznaczało to faktyczne wykluczenie transportowe. Kraków jako metropolia jest też silnie połączony ze swoją aglomeracją. Do miasta codziennie wjeżdża ponad 200 tys. samochodów, w tym wiele osób pracujących codziennie w stolicy Małopolski. Strefa np. dla małych biznesów jest dużym problemem. Całość sprawiała wrażenie działania z pozycji siły, a nie efektu rozmowy z mieszkańcami.

Dużym błędem była również komunikacja. W pewnym momencie prezydent Miszalski lub osoby z jego otoczenia zaczęli wdawać się w ostre spory w mediach społecznościowych, a nawet obrażać mieszkańców sprzeciwiających się strefie. To tylko dolało oliwy do ognia. Inne miasta, takie jak Warszawa czy Wrocław, pokazały, że strefę czystego transportu da się wprowadzać w sposób bardziej rozłożony w czasie, oparty na dialogu i z większą polityczną gracją. W Krakowie tego zabrakło i ten temat stał się jednym z katalizatorów szerszego sprzeciwu.

Ale z drugiej strony te wyzwania mają przecież charakter ogólnokrajowy: problemy mieszkaniowe, wyzwania rozwojowe i cywilizacyjne, kwestia najmu krótkoterminowego czy w ogóle polityki mieszkaniowej. Turystyfikacja również nie jest wyłącznie problemem Krakowa. Czy to nie osłabia argumentów zwolenników referendum?

To prawda, że są to problemy ogólnokrajowe, ale w Krakowie ich natężenie jest wyjątkowe. W przypadku turystyfikacji skala jest tu największa w Polsce. Mieszkania są ekstremalnie drogie, na poziomie porównywalnym tylko z Warszawą. To kosmiczny problem dla miasta, którego motorem napędowym dotąd było przyciąganie młodych studentów. Oni zostawali potem w mieście i zasilali lokalny rynek pracy. Dzisiaj wielu osób zwyczajnie na to nie stać.

Reklama
Reklama

Właśnie dlatego pojawiło się oczekiwanie, że te kwestie da się – a nawet trzeba – załatwiać na poziomie rządowym. Skoro problemy mają charakter systemowy, to bez zmian ustawowych samorząd ma bardzo ograniczone pole manewru. I to było jedno z kluczowych oczekiwań wobec Aleksandra Miszalskiego: że jako polityk Platformy Obywatelskiej, mający dobre relacje z centralą i mówiący o tym w kampanii wyborczej, będzie w stanie skutecznie zabiegać o takie rozwiązania w Warszawie.

Tymczasem to się nie wydarzyło. Zapowiedzi pozostały zapowiedziami, a realnych efektów w postaci nowych regulacji czy dodatkowych narzędzi dla miasta nie widać. To właśnie ten rozdźwięk między skalą problemów, obietnicami składanymi w kampanii a brakiem konkretnych rezultatów sprawił, że rozczarowanie przyszło tak szybko.

A czy uważa pan, że opozycja wobec prezydenta ma dziś pomysł na realne rozwiązanie tych licznych problemów, o których rozmawiamy?

Przygotowując się do tej rozmowy, przejrzałem wcześniejsze referenda, które w Polsce zakończyły się powodzeniem. Nie było ich wiele, choć w 2024 r. poluzowano bardzo restrykcyjne kryteria, przez które wcześniejsze odwołanie włodarza było niemal „mission impossible”. W przypadku tych udanych jeden wspólny mianownik powtarza się właściwie zawsze. Udane referenda szły szeroką ławą. Nie były przedsięwzięciem jednej grupy politycznej, lecz efektem zbiegu bardzo różnych środowisk.

Dokładnie to samo widzimy dziś w Krakowie. Po jednej stronie są aktywiści o poglądach lewicowych, po drugiej prawica – od Prawa i Sprawiedliwości przez Konfederację po środowiska kierowców. Jest też Jan Hoffman, jedna z twarzy referendum, osoba wcześniej związana z prezydentem Jackiem Majchrowskim i z krakowskim establishmentem sprzed lat. Można powiedzieć, że reprezentuje on raczej „stary Krakówek”. Do tego dochodzi Łukasz Gibała, kiedyś polityk PO, od ponad dekady niepartyjny i tworzący największe lokalne ugrupowanie. To bardzo różnorodna mozaika.

Jedynym realnym wspólnym mianownikiem tych środowisk jest dziś sprzeciw wobec prezydenta Miszalskiego i chęć doprowadzenia do jego odwołania. Nie widać natomiast żadnego spójnego programu pozytywnego, który łączyłby te grupy po ewentualnym referendum. Trudno sobie wyobrazić, by tak zróżnicowane środowiska były w stanie uzgodnić jedną wizję rozwoju miasta.

Reklama
Reklama

W przypadku Aleksandra Miszalskiego na pewnym etapie doszło do erozji elementarnej powagi urzędu

Dlatego mam wrażenie, że ta gra toczy się przede wszystkim o doprowadzenie do przedterminowych wyborów. Dopiero wtedy zobaczymy, jacy aktorzy rzeczywiście wejdą do gry, kto będzie w stanie zaproponować realny program i jakie pomysły na rozwiązanie problemów Krakowa faktycznie się pojawią.

Jak więc pan ocenia dziś szanse samego referendum? I co pańskim zdaniem będzie czynnikiem decydującym o jego powodzeniu albo porażce?

Kluczowym wyzwaniem na tym etapie jest zbiórka podpisów. Formalnie potrzeba ich około  58 tys., ale biorąc pod uwagę specyfikę Krakowa – dużą liczbę studentów, turystów oraz osób mieszkających w aglomeracji, a niekoniecznie zameldowanych w mieście – w praktyce trzeba zebrać raczej 100-120 tys. podpisów, żeby mieć pewność, że wniosek będzie ważny. Dopiero później pojawia się drugi próg: ok. 150 tys. głosów potrzebnych, by samo referendum było wiążące i faktycznie doprowadziło do odwołania Aleksandra Miszalskiego.

Na dziś kluczowe jest więc tempo zbiórki podpisów. I ono jest imponujące. Z ostatnich informacji wynika, że w pierwszych pięciu dniach udało się zebrać ponad 20 tys. podpisów. Oczywiście z każdym kolejnym dniem będzie trudniej, bo najbardziej zmobilizowani już się podpisali, a później trzeba będzie docierać do osób mniej zaangażowanych.

Mimo to jeśli utrzyma się choć część obecnej dynamiki, matematyka zaczyna działać na korzyść inicjatorów referendum. Na tym etapie wszystko wskazuje na to, że referendum ma realne szanse, by się odbyć. Ostateczny wynik będzie zależał od dalszej mobilizacji i tego, czy uda się przekuć początkowy entuzjazm w trwałe poparcie aż do dnia głosowania.

W drugiej turze wyborów w 2024 r. na Łukasza Gibałę zagłosowało 128 269 osób. Tymczasem próg ważności referendum to 158 247 osób. Oznacza to, że opozycja musi zmobilizować o 30 tys. osób więcej, niż wyniosła baza wyborcza Gibały w 2024 r.  

Do gry dziś weszły środowiska, które wcześniej były politycznie mało widoczne albo wręcz pasywne: przede wszystkim prawica, środowiska kierowców oraz kręgi związane z Konfederacją. W poprzednich wyborach nie miały one wyraźnej reprezentacji ani silnej motywacji do działania, dziś natomiast w dużej mierze współtworzą rdzeń protestu i są jednymi z najbardziej aktywnych uczestników całego procesu.

Czytaj więcej

Bez pieniędzy na krakowskie metro. Sejm odrzucił poprawkę do budżetu

To oczywiście zwiększa potencjał mobilizacyjny referendum, ale jednocześnie nie rozwiązuje wszystkich problemów. Wyzwanie organizacyjne pozostaje ogromne, zwłaszcza w obecnych warunkach. Zbiórka podpisów przy rekordowych mrozach jest znacznie trudniejsza niż w cieplejszych miesiącach, a to może wyhamować dynamikę, którą widzieliśmy na początku. Entuzjazm pierwszych dni zderza się tu z fizycznym wysiłkiem i zmęczeniem wolontariuszy.

Dlatego kluczowe będzie to, czy te nowo zmobilizowane środowiska okażą się zdolne do długotrwałego działania, a nie tylko krótkiego zrywu. Jeśli uda im się utrzymać tempo mimo trudnych warunków pogodowych i organizacyjnych, referendum pozostanie realnym scenariuszem. Jeśli jednak mobilizacja zacznie szybko słabnąć, to właśnie na etapie zbiórki podpisów cały proces może się zatrzymaćDodatkowo moim zdaniem silnie widoczna jest też emocja antyrządowa. W momencie wyboru Aleksandra Miszalskiego Koalicja Obywatelska była na fali, tuż po odbiciu Polski z rąk PiS. Dzisiaj dla części wyborców emocje się odwróciły, dziś Aleksander Miszalski jest silnie kojarzony z KO, która nie dowozi swoich obietnic, zawodząc kolejne grupy społeczne. Kraków może stać się więc referendum przeciwko rządowi.

Na koniec jeszcze jedno pytanie nawiązujące do pana książki „Poza największymi”, w której pisze pan o kryzysie miast średnich w Polsce. Skoro z jednej strony średnie miasta przeżywają poważny kryzys, a z drugiej widzimy, że również tak silne ośrodki jak Kraków – drugie największe miasto w kraju, z ogromnym zapleczem akademickim, kulturalnym i turystycznym – także zmagają się z poważnymi problemami, to czy nie jest tak, że po okresie gwałtownego rozwoju, napędzanego m.in. funduszami unijnymi, polskie miasta weszły w fazę ogólnego kryzysu? I czy to nie rodzi dziś fundamentalnego pytania o to, co dalej z polityką miejską w Polsce?

Z drugiej strony przykłady Jacka Sutryka czy Hanny Zdanowskiej pokazują, że nawet przy długiej liście kontrowersji i błędów da się utrzymać władzę przez kolejne kadencje i nie kończy się to referendum odwoławczym. To jest istotny punkt odniesienia. W Krakowie problemem nie jest więc samo istnienie „złych rzeczy w portfolio”, bo to dotyczy praktycznie każdego dużego miasta. W mojej ocenie kluczowe jest coś innego: moment utraty powagi. W przypadku Aleksandra Miszalskiego na pewnym etapie doszło do erozji elementarnej powagi urzędu. Dla wielu osób – także na poziomie estetycznym i symbolicznym – zaczęło to godzić w wizerunek miasta i samego prezydenta. On przestał być postrzegany jako poważny polityk. A jeśli prezydent przestaje być poważny, to mieszkańcy nie chcą już nawet, żeby „reprezentował miasto wizerunkowo”.

To jest szczególnie istotne w przypadku Krakowa, który przez lata był w dużej mierze samograjem. Od lat 90., obok Warszawy, był jednym z największych beneficjentów transformacji i globalizacji. Rozwój centrów usług wspólnych, IT, napływ zagranicznego kapitału – to wszystko sprawiało, że miasto rosło niemal samo, oferując dobrą pracę i stabilność. Ten model zaczyna się jednak wyczerpywać. Dziś ok. 20 proc. powierzchni biurowych stoi pustych, coraz częściej pojawiają się informacje o zwolnieniach grupowych – tylko w zeszłym roku objęły one ok. 3 tys. miejsc pracy.

Zmianę widać szczególnie wśród młodych ludzi. To oni najmocniej odczuwają przetasowania na rynku pracy. Dziś w Krakowie mamy ok. 2,5 tys. bezrobotnych poniżej 30. roku życia, w dużej mierze osób z wyższym wykształceniem

Do tego dochodzą szersze trendy: automatyzacja i AI wypychające prostsze stanowiska, a także rosnące koszty pracy w Polsce, które sprawiają, że dla wielu firm bardziej opłacalne staje się przenoszenie części działalności do Indii czy innych tańszych krajów. W takiej sytuacji naturalne jest pytanie, czy władze publiczne nie powinny na te procesy aktywnie reagować i proponować nowej strategii rozwoju.

Tymczasem wrażenie jest takie, że Aleksander Miszalski, nie proponując żadnej spójnej odpowiedzi na te wyzwania, jedynie zaostrza obawy i pogłębia poczucie dryfu. Brak wizji w momencie, gdy dotychczasowy model rozwoju zaczyna się kruszyć, jest dla miasta szczególnie groźny. I to, moim zdaniem, najlepiej tłumaczy skalę dzisiejszego kryzysu zaufania.

Czy kryzys cywilizacyjny, o którym mówimy w kontekście dużych i średnich miast, a który wiąże się m.in. ze zmianami technologicznymi oraz wpływem AI na rynek pracy, w Krakowie jest już realnym kryzysem, czy to jednak przesada i mówienie o „polskim Detroit” to zbyt daleko idąca analogia?

W Krakowie pracuje dziś ok. 105 tys. osób w sektorze BPO, szeroko rozumianych centrów usług biznesowych. Szacunki mówią, że mniej więcej 40 proc. tych miejsc pracy dotyczy prostych, powtarzalnych zadań, a więc takich, które relatywnie łatwo mogą zostać zautomatyzowane albo przeniesione gdzieś indziej. Szereg firm zapowiada kolejne zwolnienia.

Jednocześnie nie jest to obraz jednoznaczny. Sytuacja jest bardziej złożona niż prosta wizja gwałtownego załamania. Nie mamy do czynienia z jednym momentem kryzysowym, tylko z procesem zmiany. To, co jednak wyraźnie się kończy, to dotychczasowa narracja prorozwojowa – przekonanie, że Kraków będzie rósł niemal w nieskończoność, przyciągając kolejne inwestycje i miejsca pracy.

Zmianę widać szczególnie wśród młodych ludzi. To oni najmocniej odczuwają przetasowania na rynku pracy. Dziś w Krakowie mamy ok. 2,5 tys. bezrobotnych poniżej 30. roku życia, w dużej mierze osób z wyższym wykształceniem. Teoretycznie to oni powinni zasilać nowe kadry sektora BPO, ale problem polega na tym, że takich nowych miejsc pracy po prostu już nie przybywa.

Czytaj więcej

Adam Gendźwiłł: Szukając bohaterów małych ojczyzn

I to jest moment, w którym zaczyna pojawiać się napięcie. Nie mamy jeszcze katastrofy, ale mamy wyraźne sygnały ostrzegawcze. Dotychczasowy model rozwoju przestaje działać, a w jego miejsce nie pojawiła się żadna nowa, przekonująca opowieść ani strategia. I właśnie w tym obszarze widać dziś największą pustkę.

Czyli wygląda na to, że polityka miejska – nawet w dużych miastach, a tym bardziej w średnich – przestała być samograjem. Skończył się model, w którym wystarczyło dostać pieniądze z Unii, wybudować kilka rzeczy, postawić jakiś landmark – trochę jak w grze SimCity – i wszyscy byli zadowoleni. To chyba szerszy, cywilizacyjny moment.  

Tak, potrzebny jest inny model przywództwa. Jeśli spojrzymy na miasta, które potrafiły sobie poradzić lepiej, to bardzo często widać u nich jakąś formę specjalizacji: świadomy wybór sektorów, w które chcą inwestować, próbę przyciągania określonych firm, a przede wszystkim jasne rozpoznanie własnych mocnych i słabych stron. To wymaga myślenia strategicznego, a nie tylko administrowania bieżącymi sprawami.

Mam poczucie, że w Krakowie przez lata wiele procesów toczyło się obok siebie, w sposób silosowy. Poszczególne branże rozwijały się raczej siłą inercji niż w wyniku świadomej polityki miasta. Dziś szczególnie wyraźnie widać to w kontekście sektora BPO, który był jednym z filarów krakowskiego rozwoju. To właśnie tu pojawia się realne wyzwanie i właśnie tu wyborcy oczekują, że ktoś zaproponuje odpowiedź: co dalej, jak miasto chce reagować na zmiany technologiczne i strukturalne na rynku pracy.

Tymczasem Aleksander Miszalski w ogóle tego tematu nie podjął. Nie pojawiła się żadna diagnoza ani próba zarysowania kierunku. I w mojej ocenie to jest kolejny element tej narastającej emocji: poczucie, że w obliczu realnych, nowych problemów miasto pozostaje bez strategii i bez lidera, który byłby gotów się z nimi zmierzyć.

Rozmówca

Dr Karol Wałachowski

Urodzony w 1992 r. w Częstochowie ekonomista specjalizujący się w politykach publicznych i rozwoju miast, adiunkt na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie i publicysta. Doradza instytucjom publicznym, mając w swoim CV m.in. Ministerstwo Rozwoju, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej, POT i samorządy terytorialne. Autor książki „Poza Największymi. Studium o byłych stolicach województw”

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Polityka
Prof. Dudek: marszałek Czarzasty nie powinien tak ostentacyjnie prezentować się jako antytrumpista
Polityka
Sondaż. Koalicja Obywatelska się umacnia. Duży spadek Polskiego Stronnictwa Ludowego
Polityka
Posłowie dostali serię podwyżek. Ale dyskusja o uposażeniach dopiero ma się zacząć
Polityka
I Donald Tusk, i Jarosław Kaczyński mają się czym martwić. Najnowszy sondaż
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama