Zaskoczył mnie pan, wybierając „Kobietę bez cienia” Richarda Straussa, postrzeganą jako apoteoza dojrzałości, małżeństwa i macierzyństwa.
Na szczęście Richard Strauss, podobnie jak Szekspir czy Dostojewski, jest autorem polifonicznym. Przeciwstawia w swoich utworach równoważne punkty widzenia, namawia na rozważenie każdej perspektywy i pozwala na wiele interpretacji. W „Kobiecie bez cienia” mamy rzeczywiście dość przestarzały, wyrastający z patriarchatu świat. Dominują w nim jednak dużo głębsze i ciekawsze postaci kobiet, które nie poddają się przemocy mężczyzn. Dla mnie jest to opowieść o próbie wydobycia się z matriksu, gdzie góruje figura ojca, który naznaczył bohaterkę jakąś traumą, chorobą powodującą, że jest ona kobietą okaleczoną, kobietą „bez”. Czym jest ten tytułowy brak cienia? Na pewno mówi o jakimś poczuciu ułomności, pustki.
Ale może to też niedojrzałość.
Tak. To, co wstawi się w to równanie, staje się tematem opowieści. Może więc to być bezdzietność, ale też utracona umiejętność empatii, problem z wchodzeniem w relacje, wewnętrzna pustka, doświadczenie braku pełni powodujące, że człowiek jest pogrążony w depresji. To dla mnie klucz do „Kobiety bez cienia” i tu nasuwa mi się na myśl „Melancholia” Larsa von Triera.
Strauss postawił w tej operze bardzo nowoczesną diagnozę, a sformułował ją przecież ponad sto lat temu
Strauss postawił w tej operze bardzo nowoczesną diagnozę, a sformułował ją przecież ponad sto lat temu, równolegle z pierwszymi publikacjami Freuda. Przeciwstawia pojęcie Erosa i depresji. Eros pozwala wyjść z własnego „ja” i otworzyć się na relację z innym. Tę właśnie myśl przynoszą nam bohaterki opery, gdy dochodzi do spotkania i pewnej wymiany między Cesarzową, kobietą z wyższych sfer, a żoną Baraka, kobietą z nizin społecznych. Nie zrobiłem więc opowieści o macierzyństwie. Raczej o samopoznaniu i drodze do indywidualizacji.
A jednak wątek macierzyństwa pojawia się w finale pana spektaklu.
Mamy do czynienia z baśnią, która potrzebuje pozytywnego domknięcia i Strauss kończy ją dość euforycznie. U mnie dwa wątki przyglądają się sobie nawzajem, aby w finale sobie zaprzeczyć. Barak z żoną będą żyć w poczciwy, tradycyjny sposób, z rodziną i dziećmi, a po drugiej stronie staje tytułowa bohaterka, która dojrzała, pogodziła się ze sobą i odkryła pełnię, będzie więc żyła sama, bez dzieci, ale to jej wybór, z którego bije siła. Wybór świadomej samotności bardzo silnie określa nasze czasy. Zależało mi, aby była to opowieść o nas, o społeczeństwie zmęczenia i wypalenia. Słowa „depresja” szukaliśmy kiedyś w słownikach, dziś znają je nawet dzieci. Straciliśmy wiarę w proste historie – on i ona poznali się, zakochali się w sobie, był pierwszy seks, potem małżeństwo, dzieci i szczęśliwa rodzina. Życie wygląda inaczej. Chciałem pokazać dwie równoległe historie: jedna kończy się skrajnie współcześnie, a druga oddaje ducha Straussa euforyczną energią jego finału.