Pytanie – kiedy Placido Domingo zakończy karierę? – świat zadawał sobie mniej przez ostatnich kilkanaście lat. Teraz już przestał, bo hiszpański tenor sam na nie odpowiedział definitywnym stwierdzeniem: „Będę śpiewał, dopóki żyję”. Te słowa zastąpiły inną dewizę powtarzaną przez dekady przez Placida Domingo: „Kiedy nie śpiewam, rdzewieję”.
Niewątpliwie jest absolutnym fenomenem. Już kilku pokoleniom ludzi śpiew Placida Domingo towarzyszy przez całe ich życie. W latach 70. i 80 my, żyjący wówczas w PRL, nie byliśmy w stanie oglądać go na scenach świata, ale docierały do nas filmy z jego wspaniałymi kreacjami: „Carmen” Francesco Rosiego czy „Traviata” Franco Zefirellego. Potem nastał czas koncertów trzech tenorów i telewizyjnej inscenizacji „Toski” w autentycznych wnętrzach Rzymu, rozgrywanej na żywo dokładnie w tych porach dnia i nocy, kiedy toczy się akcja.
Placido Domingo przyjechał do Zbigniewa Religi
W 1992 r. Placido Domingo przyjechał po raz pierwszy do Polski, do Zabrza, na zaproszenie Fundacji Zbigniewa Religi i to było istne szaleństwo. Znajdował się w życiowej formie, jego głos brzmiał dokładnie tak, jak na płytowych nagraniach. A on umiał oddziaływać na emocje dramatyzmem połączonym z absolutną swobodą i nienaganną (bo niedostrzegalną) techniką.
Lata dziewięćdziesiąte były też okresem dyskusji, który z trzech tenorów – José Carreras, Placido Domingo i Luciano Pavarotti – jest najlepszy. Czas przyniósł odpowiedź, przyznając pierwszeństwo jemu. To prawda, że pięknie brzmiące wysokie „c” – potwierdzenie klasy tenora – nigdy nie było jego numerem popisowym. Za to żaden inny tenor nie może poszczycić się tak długą karierą (ponad 3700 przedstawień) i tak różnorodnym repertuarem, obejmującym około 180 ról. Dokładnej ich liczby nie zna chyba nawet Placido Domingo.