Na pewno ważne jest, że odważyła się na to orkiestra Opery Narodowej, która tak trudnego zadania nie podejmowała się od lat. W „Kobiecie bez cienia” zawarł sumę swoich muzycznych doświadczeń Richard Strauss, ostatni gigant operowej sztuki, któremu od stu lat żaden kompozytor nie jest w stanie dorównać, a i on sam w późniejszych dziełach nie zdobył następnego szczytu.
Sprawna ręka Bassema Akiki
Strauss połączył w tym utworze ekspresjonistyczny, rozbuchany ekspresjonizm swoich wczesnych oper z finezją i lekkością rodem z ukochanego przez niego Mozarta. Orkiestra w największym składzie potrafi tu oszołomić słuchacza masą dźwiękową, by po chwili urzec prościutkim motywem zranionego Sokoła, naiwną piosenką chóralną Nienarodzonych Dzieci czy urokliwą kantyleną będącą wyrazem intymnych uczuć.
Bassem Akiki prowadzi pewną ręką muzyków Opery Narodowej, ale też i publiczność przez gąszcz tej muzyki. Nawet jeśli zdarzają się nierówności intonacyjne w grupach instrumentów, a orkiestrowe tutti nie zawsze jest czymś więcej niż masą dźwięków, to zasadniczą myśl interpretacyjną Bassem Akiki ukazał klarownie, by widz mógł zrozumieć idee Richarda Straussa.
Hugo von Hofmannsthal musiał dopisać wyjaśnienie
W „Kobiecie bez cienia” nie tylko jednak o muzykę, rzecz jasna, chodzi. Strauss, ale i jego znakomity skądinąd librecista Hugo von Hofmannsthal pragnęli stworzyć operę dorównującą największym arcydziełom – „Czarodziejskiemu fletowi” Mozarta czy dramatom Wagnera, które łączą muzyczną doskonałość z intrygującą wieloznacznością treści. Starają się ją rozwikłać od lat różni reżyserzy, a one nadal kryją w sobie tajemnicę.
Lise Lindström (Farbiarka) i Lauri Vasar (Farbiarz Barak)