Podobno najważniejsze doświadczenie z pana dzieciństwa wiąże się z VII Symfonią Mahlera.
Płytę z nią dostałem od mamy na siódme urodziny. Włączyłem gramofon i zacząłem słuchać w kółko bez przerwy, a przecież Siódma Mahlera trwa ponad godzinę. Następnego dnia zapytałem, czy Mahler napisał coś na wiolonczelę, bo w szkole muzycznej uczyłem się w klasie wiolonczeli. Gdy dowiedziałem się, że nie, odpowiedziałem, że w takim razie będę grać w orkiestrze i zostanę dyrygentem. Mama się tylko zaśmiała.
A pan uparcie dążył do celu i pojechał do wielkiego Carla Marii Giuliniego, choć on pana nie zapraszał.
Miałem 16 lat i trzech, może czterech mistrzów dyrygentury, których podziwiałem, ale wszyscy już nie żyli. Był tylko Giulini i mieszkał w Mediolanie. Ja byłem w Nowym Jorku, ale zacząłem dzwonić do wszystkich Giulinich, jakich znalazłem we włoskiej książce telefonicznej i po wielu próbach znalazłem tego właściwego. Telefon odebrał syn i powiedział, że ojciec jest stary i nie będzie ze mną rozmawiał. Dzwoniłem kilkakrotnie, ale bez skutku i nagle po paru tygodniach dostałem wiadomość, że maestro może mi poświęcić pięć minut. Kupiłem bilet na najwcześniejszy samolot do Mediolanu z powrotnym na wieczór, bo nie miałem na hotel i poleciałem. Pięć minut zamieniło się w trzy godziny, po których mój mistrz powiedział, że ma, co prawda, niewielkie doświadczenie, ale jeśli przyjdę za tydzień z jakąś partyturą, udzieli mi paru porad. Nie wróciłem do Nowego Jorku, przez pewien czas żyłem na ulicy, w konserwatorium pożyczyłem symfonię Brahmsa i poszedłem na kolejne spotkanie. Stopniowo pięć minut zamieniło się w kontakt trwający dwa i pół roku.
Carlo Maria Giulini to był pana najważniejszy nauczyciel?
Absolutnie tak. Miałem niesamowite szczęście, że udało mi się spotkać ostatniego z wielkich mistrzów poprzedniego stulecia. Nie był typowym profesorem, nigdy nie mówił, jak mam coś robić. Po prostu zadawał mi pytania i tak pomagał dotrzeć do tego, czego szukam w partyturze.
Kim pana zdaniem jest dyrygent?
Kompozytor nie będzie słyszalny bez nas, my nie istniejemy bez niego. Żyjemy w całkowitej symbiozie, bo każdy utwór składa się z tego, co jest między kompozytorem a nutami na papierze oraz z drogi od zapisanych nut do dźwięku podczas wykonania. Za tę drugą połowę odpowiada dyrygent, muzyk czy śpiewak. Niezależnie od tego, z jak wielkim arcydziełem mamy do czynienia, zawsze na początku są tylko zapisane nuty. Na dyrygencie i orkiestrze spoczywa odpowiedzialność za zamianę ich w dźwięki.