– To całkowita nieodpowiedzialność – powiedział o przeprowadzeniu takiego głosowania w czasie wojny prezydent Wołodymyr Zełenski.
Problem w tym, że jeszcze w zeszłym tygodniu wahał się, czy jednak ich nie ogłosić. A jeden z deputowanych Ołeksij Honczarenko w przeddzień twierdził, że prezydent kazał już szykować wybory.
Czytaj więcej
- Dziękuję wszystkim, którzy umożliwili trafienie rosyjskiego okrętu w stoczni w Kerczu - mówił w wieczornym wystąpieniu prezydent Ukrainy, Wołodym...
– Powinniśmy jasno się określić, że teraz jest czas obrony, czas bitwy, od której zależy los państwa i ludzi, a nie czas wrzucania (do przestrzeni publicznej – red.) tematów, których od Ukrainy oczekuje tylko Rosja. Uważam, że to nie jest czas wyborów – powiedział Zełenski.
Widmo wyborów w marcu
Zgodnie z konstytucją w maju przyszłego roku kończą się prezydenckie pełnomocnictwa Zełenskiego, a wybory powinny odbyć się nie później niż w marcu. Jednak Ukraina prowadzi wojnę, co przekłada się na stan wojenny wewnątrz kraju, przedłużany co pół roku. A ukraińskie prawo zabrania przeprowadzania wyborów w trakcie jego obowiązywania. Z tego właśnie powodu nie odbyły się wybory do parlamentu, choć najpóźniej powinno było się to stać 31 października.
Jednak Zełenski znajduje się pod naciskiem niektórych sojuszników, jak i części (i tylko części) niechętnych mu polityków opozycji.
Po raz pierwszy o konieczności przeprowadzenia głosowania na prezydenta powiedział jeszcze pod koniec sierpnia amerykański senator, republikanin Lindsay Graham. Mimo że należy do partii Donalda Trumpa, znany jest z popierania Ukrainy. – Bardzo miło mi słyszeć, że prezydent dopuszcza możliwość przeprowadzenia wyborów w Ukrainie w 2024 roku. Nie mógłbym wyobrazić sobie lepszego symbolu dla Ukrainy jak wolne i uczciwe wybory w trakcie wojny – mówił Graham w trakcie swej ówczesnej wizyty w Kijowie.
Marzenie Zełenskiego: Morze i piwo
Sam Zełenski nie odrzucał wtedy możliwości zorganizowania takiego głosowania, choć dodawał, że gdyby nie było wojny, to by nie kandydował. – Marzę o tym, by siąść nad brzegiem morza i napić się piwa – powiedział w jednym z wywiadów na temat swoich planów politycznych. Jego żona Ołena mówiła, że sama nie wie, czy mąż będzie startował.
Czytaj więcej
Prezydent Ukrainy, Wołodymyr Zełenski, w swoim nocnym wystąpieniu poruszył temat wyborów prezydenckich.
Obecnie zaś narasta krytyka prezydenta, choć nie ze strony dotychczasowej opozycji, ale jego byłych współpracowników i prawdopodobnie wojskowych. „Totalna klapa polityki zagranicznej i zarządzania wewnątrz kraju, monopolizacja władzy i szalona korupcja” – z pewną dozą przesady jeden z kijowskich dziennikarzy wylicza grzechy administracji prezydenckiej.
Co do monopolizacji władzy (a właściwie jej uzurpowania) inni – dziennikarze, politolodzy, a nawet politycy – zgadzają się z nim. Wskazują, że kancelaria prezydenta (zwana też jego administracją) nie jest organem konstytucyjnym, a próbuje sobie podporządkować instytucje konstytucyjne – wszystko tłumacząc wojną.
Były doradca administracji prezydenta Ołeksij Arestowycz nazwał byłego szefa „dyktatorem”. – Jakiekolwiek przeniesienie wyborów prezydenckich będzie uważane przez społeczeństwo za uzurpację władzy – albo przynajmniej przez część społeczeństwa – uważa.
Wypowiada się tak autorytatywnie, bowiem zgłosił swą kandydaturę w wyborach. Ale 80 proc. Ukraińców uważa, że głosowanie może odbyć się dopiero po wojnie.
Wbrew sondażom
Poparcie samego Zełenskiego sięga obecnie 70 proc. – Póki utrzymuje się na tak wysokim poziomie, z punktu widzenia władz wygodnie jest przeprowadzić wybory – sądzi kijowski politolog Ołeksandr Koszel.
Ale prezydent tego nie chce. W Kijowie zdają sobie sprawę, że zarówno Kreml, jak i niechętni Ukrainie zachodni politycy (głównie amerykańscy republikanie) mogą zarzucić mu brak demokratycznej legitymizacji. Tym bardziej że Rosja udaje kraj demokratyczny i szykuje się do wyborów prezydenckich, również w marcu, które wygra oczywiście Władimir Putin.
Czytaj więcej
Wszystko wskazuje na to, że Komisja Europejska w środę zaleci rozpoczęcie rokowań akcesyjnych z Kijowem. Takie są jasne sugestie Ursuli von der Leyen.
– W konstytucji mamy wpisane zasady wyborcze. Ich nieprzestrzeganie daje 100-procentowe podstawy, by podważać prawomocność przyszłego prezydenta. A problemy to po pierwsze Ukraińcy mieszkający na okupowanych terenach, a po drugie uchodźcy za granicą – mówił z kolei prawnik prezydenta Fiodor Wiszniewski.
Sam Zełenski mówił, że do przeprowadzenia ewentualnych wyborów potrzebna byłaby „pomoc Zachodu w infrastrukturze” (chodziło o głosowanie 7 milionów uchodźców), 5 mld dol. i „obserwatorzy wyborów w okopach”, bowiem żołnierze też by głosowali.