Czyżby dlatego, że tą ostatnią rządzi chamstwo, że posługiwanie się za kulisami władzy językiem wolnym od wulgaryzmów jest ich zdaniem dowodem „mięczactwa", że w tym świecie, by przeżyć, trzeba udawać twardzieli? Czy to jest norma? Zarówno w sensie leksykalnym, jak i psychologicznym? Śmiem wątpić.
Spotkałem w swoim życiu wielu polityków o różnej prowenincji. Byli między nimi zarówno ludzie z komunistycznym rodowodem, jak i wychowankowie Tomasza Studnickiego, guru środowiska uniwersyteckiej opozycji Wydziału Prawa UJ, który stał za edukacją i karierami takich ludzi, jak Jan Maria Rokita czy Bartłomiej Sienkiewicz. Wszędzie zdarzały się czarne owce, ale – proszę mi wierzyć – normą językową i w jednym, i drugim świecie, przynajmniej w czasach, które dopiero co przeminęły, była względna kultura słowa. Oczywiście nie jest prawdą, że nie znało się czy nie stosowało wulgaryzmów, te jednak zarezerwowane były do rozmów bardzo intymnych bądź wyjątkowo emocjonalnych, na dodatek od rozmów o polityce, życiu publicznym dzieliła je bariera poufałości rozmówców.