Na okładce programu meczowego z Albanią znalazły się trzy twarze: pańska, Paulo Sousy i Roberta Lewandowskiego. Nie mógł pan lepiej zacząć prezesury.

Ale wpływu na wynik nie miałem. Szczerze mówiąc, mecz dla oka nie był zbyt ładny i nie ma co lukrować rzeczywistości. Najważniejsze są jednak trzy punkty. Realnie patrząc, nie ma się co napinać na pierwsze miejsce, bo Anglia jest raczej poza zasięgiem wszystkich w naszej grupie. Natomiast drugie miejsce, dające prawo do gry w barażach staje się realne.

Mówi pan o Anglii jako hegemonie, którego nie można pokonać? Na Wembley wcale nie była od Polski dużo lepsza.

Wcale tego nie powiedziałem. Jednak w porównaniu z nami, Węgrami, Albanią, Andorą i San Marino to jest potęga. Jeśli ktoś jest w stanie odebrać jej punkty, to chyba tylko my. Zresztą, jak pan popatrzy na mecze z Anglią na naszym boisku, to wiele z nich kończyło się remisami. Łącznie z tym ostatnim, na Stadionie Narodowym. Jestem dobrej myśli.

Napatrzyłem się na boisku i obok niego na różne rzeczy i w pewnych sprawach nikt mnie nie oszuka.

A gdyby Polacy zremisowali lub przegrali z Albanią, to zwolniłby pan Paulo Sousę?

Nie brałem tego pod uwagę. Poza tym nie mam zwyczaju zaczynać swojej pracy od zwolnień. Każdy musi mieć szansę. Mecz z Albanią był wyjątkowo trudny nie ze względu na klasę przeciwnika, który zresztą pokazał się z jak najlepszej strony, ale na okoliczności. Widziałem zdenerwowanie u piłkarzy i trenera, a potem ich ulgę. Wszyscy mieli świadomość, że Euro się nie udało, kibice czekali na odnowę, więc presja udzielała się wszystkim. Dzięki zwycięstwu ciężar i napięcie spadły wszystkim z serca. To było bardzo potrzebne. Mam nadzieję, że kolejne mecze będziemy grali już bez obciążeń tego rodzaju.

A PZPN też przechodzi trudny okres? W końcu porażka reprezentacji na Euro jest w jakimś stopniu związana z działalnością związku.

Związek ma stworzyć reprezentantom i ich trenerowi optymalne warunki do pracy i to robi, ale nie ma wpływu na wynik. Zastałem związek w dobrej kondycji.

Czytaj więcej

Cezary Kulesza ma 59 lat. Od 2012 roku był członkiem Zarządu PZPN, a od 2016 wiceprezesem PZPN ds. p
Kim jest Cezary Kulesza, nowy prezes PZPN?

Starał się pan o funkcję prezesa, żeby dopisać ją sobie do życiorysu, czy zrobić coś, co nie udało się do tej pory?

Do życiorysu to ja niczego sobie dopisywać nie muszę. Nie chciałem prezesury z powodu swojej próżności, bo taki stan jest mi obcy. Uważam po prostu, że tę dobrą maszynę, jaką jest PZPN, można podrasować, żeby była jeszcze lepsza. Ale rewolucyjne zmiany nie są potrzebne.

Nie ma pan zwyczaju zaczynania nowej pracy od zmian kadrowych, ale PZPN już się zmienił. Mam na myśli biuro związku.

Nieznacznie. Nikogo z pracy nie wyrzuciłem. Kilka osób się zwolniło, inne przeszły na emeryturę. Sekretarz generalny Maciej Sawicki postanowił przejść do biznesu, więc należało znaleźć jego następcę. Został nim Łukasz Wachowski, który jest mi znany. Jakieś korekty jeszcze będą. To normalne, że szef firmy wybiera fachowców, którym ufa. W przypadku takiej instytucji jak PZPN sporo zmian wynika z kolegialnych decyzji zarządu lub walnego zgromadzenia.

Dotyczy to np. przewodniczącego Kolegium Sędziów czy dyrektora szkoły trenerów?

Maciej Mateńko myśli innymi kategoriami niż starsi szkoleniowcy.

Powierzyłem funkcję wiceprezesa do spraw szkolenia Maciejowi Mateńce. Wygrał wybory na prezesa Zachodniopomorskiego Związku Piłki Nożnej, ale jest przede wszystkim znany jako trener i nauczyciel młodzieży. Mimo że to młody człowiek, on się na tym zna. Myśli innymi kategoriami niż starsi szkoleniowcy, więc jako wiceprezes będzie rozmawiał między innymi z dyrektorem Szkoły Trenerów PZPN Dariuszem Pasieką oraz dyrektorem sportowym związku Stefanem Majewskim. Od tych rozmów zależy, co się wydarzy.

Nowy zarząd podjął już ważną decyzję dotyczącą rozgrywek dzieci. Na czym ona polega?

Postanowiliśmy, że w kategoriach wiekowych „skrzat" i „orlik", czyli dzieci w wieku od sześciu do jedenastu lat, likwidujemy rozgrywki. Uważamy, że szkolenie dzieci w tym wieku powinno opierać się na zabawie, a nie rywalizacji, prowadzącej czasami do wynaturzeń. Czyli gramy jak dotychczas, ale wyniki i tabele nie mają znaczenia. Po prostu ich nie rejestrujemy. Mamy nadzieję, że dzięki temu nacisk zostanie położony na rozwój umiejętności, zwłaszcza technicznych, co przyda się, kiedy już chłopcy wejdą w fazę prawdziwej rywalizacji.

A pana jak uczono? Miał pan szczęście do dobrych trenerów czy pecha?

Przede wszystkim za późno zacząłem trenować. Miałem już 18 lat, kiedy zostałem juniorem Gwardii Białystok. W pierwszej lidze, bo tak nazywała się ówczesna Ekstraklasa, zadebiutowałem w Jagiellonii, mając 26 lat.

Pamiętam pana z finału Pucharu Polski w roku 1989, Legia – Jagiellonia w Olsztynie. W 67. minucie Jacek Bayer strzelił bramkę, z 4:1 dla Legii zrobiło się 4:2 i trener wpuścił pana na boisko.

Byłem ofensywnym pomocnikiem lub napastnikiem i mieliśmy jeszcze nadzieję na dobry wynik. Mogłem nawet zdobyć bramkę, składałem się do strzału, ale Bayer podbił piłkę i nic z tego nie wyszło. Przegraliśmy 2:5. Pamiętam jednak, że medale wręczał Kazimierz Górski.

Zbigniew Boniek – wiadomo: Widzew, Juventus i trzecie miejsce na mundialu. Grzegorz Lato – król strzelców mistrzostw świata. Michał Listkiewicz – sędzia na dwóch mundialach. To mają zapisane w życiorysach poprzedni prezesi PZPN. Nie ma pan kompleksów?

A z jakiego powodu? Nie byłem piłkarzem klasy Bońka i Laty ani sędzią. Moich poprzedników nie ocenia się za ich dokonania na boisku, tylko jakimi byli prezesami. I ze mną będzie podobnie. Nieważne, kim byłem, tylko co robię teraz. Ale mówiąc o swoich korzeniach, nie mam ani kompleksów, ani powodów do wstydu. Szczególnie że osiągnąłem duży sukces na innym polu – biznesowym.

Jest pan prezesem „z ludu"?

Urodziłem się w Wysokiem Mazowieckiem. Moi rodzice byli nauczycielami. Tata uczył matematyki, a mama geografii. Ojciec był też dyrektorem szkół. Gdzie ich skierowano, tam mieszkaliśmy. Najpierw we wsi Grodzkie Nowe koło Kuleszy Kościelnych, w powiecie wysokomazowieckim. Tam uczyłem się przez pierwszych sześć lat podstawówki, nim ruszyliśmy dalej. Między innymi dlatego późno zacząłem grać w piłkę.

Grał pan głównie na Podlasiu: Olimpia Zambrów, Mławianka, Jagiellonia, MZKS Wasilków, Supraśl. Dobra szkoła dla przyszłego prezesa związku?

Przynajmniej poznałem piłkę od samego dołu.

Wiem, co to znaczy grać w korkach po starszym zawodniku czy myć się po treningach i meczach w misce zimnej wody. Nie przeszkadzało mi to, bo jak się jest młodym i myśli tylko o niedzielnym meczu, to takie sprawy schodzą na dalszy plan. Nim znalazłem się w Jagiellonii, a później jako prezes ją budowałem, już dobrze wiedziałem, jak wygląda piłka.

My z filmu „Piłkarski poker" dowiedzieliśmy się też, że kiedy pojawia się potrzeba, to „społeczeństwo Białegostoku jest ofiarne".

Napatrzyłem się na boisku i obok niego na różne rzeczy, więc w pewnych sprawach raczej nikt mnie nie oszuka.

Ale skłonić pana do zwierzeń się nie da...

Przecież rozmawiamy. Wie pan, wystąpienia publiczne to nie jest mój żywioł. Po wyborze na prezesa musiałem udzielić wielu wywiadów, bo szanuję pracę dziennikarzy. Ale nie mam najmniejszej potrzeby stawania przed kamerą, mikrofonem i pchania się na afisz. To kadra powinna być najważniejsza w mediach – nie prezes.

To w jaki sposób przekonał pan 93 delegatów na walny zjazd PZPN, żeby oddali głosy na pana?

Oni mnie znają. Wiedzieli, że w ciągu 11 lat prezesury w Jagiellonii z klubu lokalnego zrobiłem czołowy w kraju. Dawałem zawodników do reprezentacji, pracowałem w zarządzie i radzie nadzorczej Ekstraklasy SA oraz oczywiście w zarządzie PZPN. W dodatku dobrze mi się wiedzie w biznesie, który sam stworzyłem. Było bardzo dużo okazji do poznania mnie jako działacza, przedsiębiorcy, a przy tym wszystkim poznania, jakim jestem człowiekiem. Co ja będę dużo mówił, za mnie przemawia to, co zrobiłem i robię nadal. Delegatów to przekonało, dzięki czemu będziemy budować polską piłkę nadal, już wspólnie. Wiemy, co chcemy zrobić.

PZPN nie ma swojej siedziby, tylko wynajmuje powierzchnię, nie ma ośrodka treningowego dla reprezentacji, nie ma muzeum futbolu...

Być może wróci sprawa budowy siedziby, ale to tylko moja uwaga, niedyskutowana jeszcze z zarządem. PZPN jest właścicielem działki na Wilanowie. Pamiętam, że w czasach prezesury Grzegorza Laty krytykowano pomysł budowy siedziby w tym miejscu, ale sytuacja się zmieniła. Lada dzień zostanie otwarta południowa obwodnica Warszawy, więc trasę z Wilanowa na lotnisko będzie się pokonywało w kilkanaście minut. Jeśli będzie siedziba, to może powstanie i muzeum. Należałoby porozmawiać na ten temat z instytucjami publicznymi oraz UEFA, która pomaga finansowo w tego rodzaju inicjatywach federacji krajowych. Natomiast z ośrodkiem jest problem, bo najpierw należałoby kupić teren pod jego budowę. A to nie jest takie proste.