Agata Łukaszewicz

Zdania są podzielone. Jedni uważają, że „dorobienie prawa" jako studiów II stopnia daje szansę na znalezienie lepszej pracy. Niewątpliwie pomaga też w prowadzeniu własnego biznesu.    Przeciwnicy twierdzą, że to rozmienianie się na drobne.

– Prawo tak jak medycyna powinno pozostać kierunkiem jednolitym – uważają.

Jedno jest pewne: uruchomienie takich studiów II stopnia to szansa dla uczelni na zainteresowanie ich ofertą. Uczelnie takie jak Wyższa Szkoła Administracji i Biznesu w Gdyni w odpowiedzi na duże zainteresowanie prowadzą nawet dodatkowe nabory. Coraz to nowe uczelnie uruchamiają kolejne studia prawnicze, np. 2,5-roczne uzupełniające magisterskie. Aby zostać ich studentem, wystarczy mieć dyplom ukończenia innych studiów licencjackich, np. geografii, socjologii czy zarządzania. Tak więc student z licencjatem np. z geografii może po 2,5 roku nauki zostać magistrem prawa, a co za tym idzie – ubiegać się potem o aplikację sędziowską.

I w tym, zdaniem przeciwników dwustopniowego prawa, tkwi największy problem. Bo nie byłoby problemu, gdyby student z licencjatem z zarządzania czy ekonomii   „dorobił" drugi stopień prawa, by lepiej i bardziej profesjonalnie wykonywać swój zawód. Ale już dostęp do aplikacji prawniczych powinien być ograniczony dla tych, którzy skończyli prawo w pełnym wymiarze. Każdy, kto je studiował, wie, że nie da się odpowiedniej wiedzy przyswoić w 2,5 roku.

Przekonany jest także o tym resort sprawiedliwości, który w uzasadnieniu do likwidacji II stopnia prawa pisze:  nie da się  zdobyć solidnych podstaw prawa w dwa lata czy 2,5 roku.

Może jednak  chętnym  pozwolić,  by się go nauczyli?