Reklama

Ustrojowe zmiany w sądownictwie a polityka

Zwykle źle się kończy, kiedy swoje normalne obowiązki służbowe traktuje się jak nadzwyczajną misję dziejową, a jeszcze gorzej, gdy do ustrojowych zmian w sądownictwie zabiera się polityk ideolog – pisze sędzia.

Publikacja: 08.01.2015 11:23

Zbigniew Łasowski

Zbigniew Łasowski

Foto: materiały prasowe

Nietrudno sobie wyobrazić frustrację byłego ministra sprawiedliwości po tym, jak jego pseudoreforma, która spowodowała ogólny zamęt w działalności wymiaru sprawiedliwości, wylądowała ostatecznie tam, gdzie jej miejsce: w śmietniku. Widać wyraźnie negatywne skutki jego pozytywnej szajby, sprowadzającej się do pochopnej likwidacji małych sądów rejonowych. Likwidacji przeprowadzonej wbrew części społeczeństwa, z nieracjonalnych powodów, dla zaspokojenia politycznych ambicji. Tak to się zwykle kończy, gdy normalne obowiązki służbowe traktuje się jak jakąś nadzwyczajną misję, a co gorsza, gdy do ustrojowych zmian w sądownictwie zabiera się polityk ideolog, który ma w nosie literę prawa i kieruje się jego duchem. Taki jest, niestety, niechlubny bilans rządów tego ministra.

Jednym podpisem

Nowy minister sprawiedliwości Cezary Grabarczyk, podpisując niedawno rozporządzenie o utworzeniu z dniem 1 lipca 2015 r. kolejnych 34 sądów rejonowych, definitywnie pogrzebał destrukcyjną, szkodliwą i niepotrzebną reformę poprzednika. Bez wątpienia jest to zasadniczy zwrot w sprawie, gdyż spośród 79 zniesionych sądów rejonowych ostatecznie wraca 75 – z wyjątkiem czterech, które nie spełniają ustawowych kryteriów ich utworzenia. Tak jak dwa lata temu ówczesny minister jednym aktem prawnym unicestwił aż tyle samodzielnych, dobrze funkcjonujących sądów powszechnych, tak obecnie inny minister jednym podpisem przywrócił je do życia. Historia zatoczyła koło i wszyscy ci, którzy nigdy nie pogodzili się z likwidacją sądów, mają dzisiaj powody do satysfakcji. Do pełni szczęścia nie ma niestety powodów, i to z kilku względów.

Po pierwsze, musi zastanawiać brak jednolitego stanowiska resortu w kwestii trybu przenoszenia sędziów na nowe miejsca służbowe, chociaż nie powinien on budzić żadnych wątpliwości. Oto najpierw wiceminister sprawiedliwości zapowiada publicznie, że przed podjęciem decyzji o przeniesieniu sędziów do nowo tworzonych sądów będzie ich pytać o zgodę. Niedługo potem – wbrew tym zapowiedziom – jego zwierzchnik, sam minister, nie pytając sędziów o zdanie (zresztą zgodnie z prawem), przenosi ich na nowe miejsca służbowe z dniem 1 stycznia 2015 r. Trwa właśnie doręczanie przez pełnomocników ministra dekretów o przeniesieniu zainteresowanym. Treść tych dekretów co do meritum jest taka sama, gdyż na ich podstawie przenosi się sędziów z powrotem, a zatem wracają oni na swoje poprzednie miejsca służbowe. Należy podkreślić, w ślad za Sądem Najwyższym, że wykładnia funkcjonalna i systemowa przedmiotowych przepisów ustawy – Prawo o ustroju sądów powszechnych prowadzi do wniosku, że decyzja ministra sprawiedliwości o przeniesieniu na inne miejsce służbowe zasadniczo powinna być skuteczna i wykonalna dopiero po upływie terminu do jej zaskarżenia, a w razie wniesienia przez sędziego odwołania, dopiero po jego oddaleniu przez SN. Wykładnia ta ma się nijak do obowiązującej praktyki, gdyż wspomniane decyzje – również na mocy uchwały tego sądu – są skuteczne z chwilą doręczenia. W innym wypadku musiałyby być wydane i doręczone z odpowiednim wyprzedzeniem, tak by mogły się uprawomocnić najpóźniej do 31 grudnia 2014 r. W rzeczywistości takie rozwiązanie, przy tak masowej akcji, byłoby karkołomne i nie służyłoby stabilności organizacyjnej wymiaru sprawiedliwości. Dlatego też decyzje o przeniesieniu są wydawane dopiero teraz. Nie zmienia to faktu, że – co należy wyraźnie zaakcentować – zostały podjęte i doręczone w czasie, w którym nie jest możliwe wyczerpanie postępowania odwoławczego, zanim nastąpi przeniesienie na inne miejsce służbowe.

Tam i z powrotem

Po drugie, taki tryb postępowania – jak można było przewidzieć – doprowadził do kuriozalnej sytuacji. Znaleźli się w niej sędziowie nowo utworzonych sądów. W obiegu prawnym funkcjonują bowiem teraz dwie przeciwstawne decyzje ministra sprawiedliwości. Pierwsza przenosząca sędziów do sądów, w których aktualnie orzekają, i druga przenosząca ich z tych sądów z powrotem do sądów, z których zostali przeniesieni. Jak na te przeniesienia zareagują poszczególni sędziowie? Czy będą się od nich odwoływać? Jakie będą tego konsekwencje? Za wcześnie dzisiaj o tym dywagować. W każdym razie czas nie stoi w miejscu i w ciągu prawie dwóch lat sytuacja życiowa wielu z nich mogła się przecież zmienić i ci, którzy wcześniej orzekali w zlikwidowanych sądach, mogą nie chcieć wrócić do nich – z różnych powodów. Przykładowo część z nich w tym okresie awansowała do sądów wyższego rzędu, część przeniosła się do wybranych przez siebie sądów rejonowych.

Ubytek mały, ale dotkliwy

Po trzecie, z danych resortu uzyskanych w trybie dostępu do informacji publicznej wynika, że do 41 sądów rejonowych utworzonych na mocy październikowego rozporządzenia ministra sprawiedliwości od 1 stycznia 2015 r. przeniesionych zostanie łącznie 294 sędziów. Tymczasem w porównaniu ze stanem wyjściowym na dzień 1 stycznia 2013 r. z 41 likwidowanych wówczas sądów rejonowych przeniesionych na inne miejsce służbowe zostało łącznie 314 sędziów. Nasuwa się jednoznaczny wniosek, że w nowo utworzonych sądach będzie ich mniej o 20. W skali kraju z pewnością nie jest to duży ubytek, lecz w pojedynczych sądach brak jednego czy dwóch sędziów może stanowić pewien problem, zważywszy że są to małe jednostki o obsadzie etatowej siedmiu–dziewięciu sędziów. Może się ten problem pogłębić w połowie przyszłego roku, po reaktywacji najmniejszych sądów o obsadzie pięciu–sześciu sędziów, a nawet czterech (w woj. zachodniopomorskim). Dla nich brak jednego, nie mówiąc już o dwóch sędziach, to katastrofa. Braki kadrowe takiej wielkości nie wróżą niczego dobrego, a przecież wszystkim powinno zależeć na tym, by nowe sądy od początku sprawnie funkcjonowały, tak jak przed fatalną pseudoreformą.

Reklama
Reklama

Niewydolne nie są potrzebne

I tu dotykamy sedna sprawy. Chodzi o to, by w szeroko rozpropagowanej akcji restytucji małych sądów nie zatracić zdrowego rozsądku. Bo jaka to korzyść dla lokalnych społeczności z mikroskopijnych sądów – jak je określił jeden z wiceministrów sprawiedliwości – niewydolnych w swojej działalności orzeczniczej. Dlatego w ostatniej nowelizacji powołanej ustawy powinien być dodatkowy zapis. Taki mianowicie, który pozwalałby ministrowi sprawiedliwości wstrzymać się z utworzeniem sądu rejonowego, gdy zdaniem Krajowej Rady Sądownictwa sąd taki nie daje gwarancji prawidłowego funkcjonowania, w szczególności ze względu na niewystarczającą obsadę etatową lub brak właściwych warunków lokalowych.

W przeciwnym razie mikroskopijne lub kieszonkowe, jak je niektórzy nazywają, sądy staną się smutnym i wstydliwym defektem naszego wymiaru sprawiedliwości.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w byłym Sądzie Rejonowym w Choszcznie i był prezesem tego sądu w latach 1994–2006

Opinie Prawne
Jakub Królikowski: Sygnaliści dbają o dobro wspólne
Opinie Prawne
Robert Gwiazdowski: Bellum iustum czyli wojna sprawiedliwa
Opinie Prawne
Katarzyna Szymielewicz: Kto obroni wolność słowa w sieci?
Opinie Prawne
Ewa Szadkowska: Panie ministrze, a co z art. 212 Kodeksu karnego?
Opinie Prawne
Andrzej Tatara, Piotr Stanisławiszyn: „Lex 1 procent”, czyli kto sieje prawny chaos
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama