Jednak operacja przewiezienia rakiet z głowicami nuklearnymi była ściśle tajna. Kiedy więc wywiad wojsk powietrznych USA dostarczył niezbitych dowodów na to, że na Kubę płyną rakiety z głowicami nuklearnymi, w Białym Domu wybuchła panika. Zainstalowanie takiej broni na Kubie oznaczało, że duża część kontynentalnych stanów USA znajdzie się w zasięgu ataku nuklearnego z obszaru Morza Karaibskiego. Kennedy, który obiecywał pokój, teraz doprowadził z Chruszczowem świat na skraj atomowej zagłady. Należy jednak pamiętać, że wtedy Sowieci mieli zaledwie cztery międzykontynentalne rakiety balistyczne (ICBM) typu R-7 Semiorka. Tego typu pociski posiadały maksymalny zasięg 5500 km i były bardzo nieprecyzyjne. Oznaczało to, że cztery sowieckie rakiety nie mogły nawet z baz znajdujących się w NRD dosięgnąć Nowego Jorku. Stąd Kuba stała się idealnym stanowiskiem operacyjnym dla wyrzutni sowieckich. O prezydencie Kennedym krąży legenda, że swoją stanowczością i spokojem uratował świat. To nieprawda. Wielu jego współpracowników wspomina, że całkowicie się załamał i nie umiał podjąć racjonalnych decyzji.
Kennedy nie umiał wykorzystać przewagi USA
Kiedy otrzymał raport wywiadowczy, z którego wynikało, że do października 1962 r. Sowieci planowali budowę 75 pocisków ICBM, nie zrobił nic, aby powstrzymać te działania. A przecież w tamtym czasie Stany Zjednoczone dysponowały precyzyjnymi 170 pociskami ICBM i szybko budowały kolejne. Moskwa i najważniejsze miasta europejskiej części ZSRR były w zasięgu amerykańskich rakiet. Amerykanie posiadali również osiem okrętów podwodnych typu „George Washington” i „Ethan Allen”, zdolnych do wystrzelenia 16 pocisków balistycznych Polaris, każdy o zasięgu 2500 mil morskich (4600 km).
Przewaga Ameryki i wojsk NATO była bezdyskusyjna. Także pod względem sił konwencjonalnych Amerykanie przewyższali Sowietów. To więc, że Ameryka tak łatwo została zastraszona w czasie kryzysu kubańskiego, wynikło także w pewnym stopniu z osobowości prezydenta Kennedy’ego. Hollywood często portretuje Johna i Roberta Kennedych jako ludzi, którzy uratowali świat, a ich doradców wojskowych i szefów sztabów – jako twardogłowych konserwatywnych „jastrzębi”, gotowych do wywołania globalnej pożogi atomowej. Nic bardziej mylnego: to fałszywa interpretacja historii w stylu Olivera Stone’a. Świata nie uratowali dwaj zdezorientowani i zagubieni populiści, ale ludzie w mundurach, którzy twardo postawili się sowieckiemu szantażowi. Warto o tym pamiętać w obliczu nowego kryzysu kubańskiego.
Dlaczego Putin eskaluje konflikt?
Czy Władimir Putin blefuje tak jak Chruszczow? Czy próbuje jedynie wywołać panikę wśród Amerykanów na pięć miesięcy przed wyborami prezydenckimi w USA? Czy naprawdę szykuje się do ostatecznej wymiany ciosów, której świat nie przetrwa?
Rosyjski dyktator zapewne oglądał transmisje telewizyjne obchodów 80. rocznicy lądowania Aliantów w Normandii. Czy zwrócił uwagę na kondycję fizyczną i psychiczną prezydenta Joe Bidena? Przecież nie można ukrywać tego, co widzi każdy człowiek na świecie. Niedawno, podczas przemówienia do swoich zwolenników na jednym z wieców wyborczych, amerykański prezydent mówił o spotkaniu przywódców G7. Pomylił przy tym prezydenta Francji Emmanuela Macrona z nieżyjącym od 26 lat byłym prezydentem Francji François Mitterandem. Nie potrafił sobie także przypomnieć nazwiska kanclerza Niemiec. Podczas uroczystości w Normandii zignorował przywitanie z królem Holandii i królem Belgów, być może myląc ich z organizatorami.