To pierwsze jest obrazem dość dziwacznej historiozofii, odwróceniem słynnej dewizy Edmunda Burke'a, która w tym przypadku wydaje się brzmieć: aby MNIEJSZE zło zatriumfowało, wystarczy, by dobrzy ludzie nie robili niczego. Wyznawcy reguły wahadła, głoszącej, że każde zaostrzenie przepisów aborcyjnych musi koniecznie doprowadzić do późniejszej, jeszcze dalej idącej ich liberalizacji, mają też najwyraźniej problemy z prawami fizyki. Bo wahadło działa przecież w obie strony – Nowa Zelandia czy Kalifornia powinny się zgodnie z tą logiką spodziewać w najbliższym czasie wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji.

Ale jeszcze skuteczniejszym kneblem od „prawa wahadła" jest „logika sondażu". Zgodnie z nią w najbardziej kontrowersyjnych – a te z reguły bywają też najistotniejsze – dla życia wspólnoty sprawach trzeba się kierować wolą statystycznej większości. Badanie opinii publicznej stało się współczesną wersją pytyjskiej przepowiedni. I to nie tylko dlatego, że jawi się jako ostateczne rozstrzygnięcie, głos zabrany przez fatum, los, opatrzność. Podobieństwo idzie dalej: bo treść przepowiedni to jedno, ale już jej interpretacja to zupełnie inna sprawa. Jak w demokracji ludowej nie liczyło się, kto głosuje, tylko kto liczy głosy, tak w jej medialnej odmianie rozstrzygającą sprawą jest to, kto zleca sondaż: jak zadaje pytania i interpretuje odpowiedzi.

Czytaj więcej

Demonstracja środowisk „pro-life” w Meksyku
Meksyk. Sąd Najwyższy orzekł, że aborcja nie jest przestępstwem

Jedno i drugie, wahadło i sondaż, to drogi ucieczki. Nie tyle przed sumieniem, ile polityką. Bo ta ze swej natury powinna się zajmować podejmowaniem trudnych decyzji w najistotniejszych sprawach, a nie chować się pod płaszczykiem fałszywej historiozofii czy wyreżyserowanej woli ludu.

To, co wydarzyło się kilka dni temu w Teksasie: wprowadzenie prawa zakazującego dokonywania aborcji z chwilą, w której można usłyszeć bicie serca dziecka, odczytywać należy przede wszystkim jako powrót polityki do realizacji jej podstawowego zadania. Kształtowania rzeczywistości w najbardziej zapalnych obszarach, a nie igrania z ogniem społecznych emocji w zależności od wyborczego zapotrzebowania. Teksańska lekcja musi zostać jak najszybciej odrobiona przez polski konserwatyzm.