Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)
Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:
- codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
- pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Piotr Zaremba
Byłem jednym z siedmiu przeciwników zmienionego programu nauczania historii, których prezydent zaprosił do pałacu, aby debatowali z autorami tej reformy. Sama debata to jedna z pierwszych ważnych inicjatyw Bronisława Komorowskiego. Niezależnie od tego, czy uzgodniona zawczasu z rządem czy podrzucona zboku przez takich prezydenckich doradców jak Tomasz Nałęcz.
A jednak do beczki miodu warto dodać beczkę dziegciu. Obecne otwarcie się Pałacu Prezydenckiego na ten spór to jednak zasługa masowych protestów, zwłaszcza wyśmiewanych nieraz głodówek działaczy dawnej Solidarności. Także i innych przejawów nacisku z zewnątrz opozycja z PiS na czele zgłasza projekty ustaw gwarantujących historii należne jej miejsce w szkolnym programie. Zaledwie przed rokiem ten sam pałac zbywał oschle podobne inicjatywy grup intelektualistów. A wtedy była większa szansa modyfikacji w porę tego programu.
Potrzeba kanonu
Trudno też przyjąć końcową konkluzję prezydenta, że wszyscy zbliżyli się w swoich stanowiskach, godząc się z odrzuceniem normalnego, kursowego nauczania historii aż po klasę maturalną. Owszem, dyskusja była kurtuazyjna, pełna wzajemnych deklaracji o uznaniu swoich dobrych intencji. Mam nawet wrażenie, że częściej te deklaracje składali przeciwnicy na czele z profesorem Andrzejem Nowakiem. Twórcy reformy sprawiali po trosze wrażenie proroków niedocenianych we własnym kraju.
Nie przeszliśmy na stronę naszych oponentów. Ani ja, kiedy pytałem, czy pozornej elastyczności nowego programu (od drugiej klasy liceum mającego postać luźnych bloków tematycznych do wyboru) nie towarzyszy dogmatyzm zasadniczego założenia: wyboru drogi życiowej ma dokonywać dość definitywnie szesnastolatek. Profesor Wojciech Roszkowski kwestionował odrzucenie nauki o faktach na rzecz dyskutowania o problemach, upatrując w tym groźbę infantylizacji. A profesorowie Andrzej Nowak czy Jan Żaryn tłumaczyli, jakie znaczenie ma wspólny kanon wiedzy historycznej dla tożsamości narodowej i obywatelskiej.
Czy przemówił do nas argument, że szkolnej historii nie dawało się zmieścić w trzech klasach gimnazjum i potem raz jeszcze w trzech klasach liceum? Do mnie średnio zważywszy na przykład, że w trzeciej klasie licealnej na historię dla nie-humanistów przeznaczano ledwie godzinę. Można było zresztą sobie wyobrazić, że ową kursową historię powtarza się dwa razy, ale nie w identycznej postaci (w gimnazjum większy nacisk na powszechną, w liceum na polską lub odwrotnie). Mocniej już zabrzmiało wystąpienie byłego wiceministra edukacji Zbigniewa Marciniaka, który przypomniał najprostszą rację reformatorów: coraz większa masowość oświaty (pytanie, czy nie przesadna) wymaga pewnego obniżenia poprzeczki.
Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)
Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji: