Polskie miasta mogą sięgać po znaczne środki z funduszy europejskich na adaptację do zmian klimatu, w tym rozwój zielonej retencji. Jednak skostniałe przepisy skutecznie hamują ich wykorzystanie. Zamiast wzmacniać odporność miast na susze i ulewy, wspieramy kanalizację i betonowanie.
Samorządy mogą ubiegać się o wsparcie m.in. w ramach programu FEnIKS, a także instrumentów regionalnych na inwestycje związane z błękitno-zieloną infrastrukturą.
Jakie rozwiązania mają przeciwdziałać skutkom zmian klimatu
Retencja miejska, ogrody deszczowe, parki infiltracyjne czy systemy zbierania deszczówki – to rozwiązania, które mają przeciwdziałać skutkom zmian klimatu. W teorii więc wszystko się zgadza: fundusze, cele środowiskowe, lokalne plany adaptacji. W praktyce jednak wiele projektów napotyka poważne bariery już na etapie przygotowania lub wdrażania. Kluczowe powody? Sztywne i nieadekwatne przepisy, niejasne definicje, obowiązek pozwoleń wodnoprawnych i brak stałego finansowania.
Prawo wspiera kanalizację, nie retencję. Zgodnie z aktualnymi przepisami budynki powinny być podłączone do kanalizacji deszczowej. Retencja na działce to wyjątek, nie zasada. Zamiast więc zatrzymać wodę tam, gdzie spadła, nadal przepychamy ją przez coraz droższą sieć kanalizacji miejskiej. W efekcie rosną koszty i ryzyka suszy, a także powodzi.
W świetle obowiązującego prawa wodnego, ogrody deszczowe i parki retencyjne są traktowane jak urządzenia wodne, wymagające pozwoleń wodnoprawnych. Czas oczekiwania? Nawet rok.
Czytaj więcej
Władze miast powinny traktować uchwalenie planu adaptacji nie tylko jako wykonanie kolejnego obowiązku, ale i okazję do refleksji nad zagrożeniami...
Takie podejście blokuje inwestycje, które z definicji miały być szybkie, naturalne i niskonakładowe. Ponadto, w 2018 r., wraz ze zmianą definicji „ścieków” w prawie wodnym, wody opadowe zostały wykreślone z taryf zbiorowego zaopatrzenia w wodę i odprowadzania ścieków. Brak możliwości taryfowania oznacza jedno: miasta zostały pozbawione stałego źródła finansowania dla utrzymania i rozbudowy systemów retencji i odwodnienia, które coraz częściej muszą chronić infrastrukturę i mieszkańców przed ulewnymi deszczami.S
Samorządy muszą finansować inwestycje retencyjne z własnych środków – konkurując z edukacją, transportem i ochroną zdrowia
W teorii pojawiła się opłata za utratę retencji, która obciąża właścicieli nieruchomości o powierzchni powyżej 3500 mkw, jednak trafia ona w znakomitej większości nie do gmin, a do Wód Polskich. W rezultacie samorządy muszą finansować inwestycje retencyjne z własnych środków – konkurując z edukacją, transportem i ochroną zdrowia.
Warto również zauważyć, że tam, gdzie miasta próbowały samodzielnie wprowadzać opłaty od mieszkańców za odprowadzanie wód deszczowych, np. poprzez lokalne uchwały lub taryfy zakładów komunalnych, rozwiązania te opierały się na niepewnych podstawach prawnych i często były podważane lub uchylane przez sądy administracyjne. Opłata za deszczówkę ma cechy podatku i w takiej formie powinna być ustanawiana. Gminy jednak nie mają obecnie wyraźnych ustawowych podstaw do jej wprowadzenia. A to oznacza, że choć adaptacja do zmian klimatu jest zadaniem publicznym, to obecnie odbywa się bez systemowego wsparcia finansowego.
Aby miasta mogły skutecznie odpowiadać na wyzwania klimatyczne, konieczne jest gruntowne odwrócenie obecnej logiki systemu. Priorytetem powinno stać się lokalne zagospodarowanie wód opadowych tam, gdzie spadną, a nie ich szybkie i kosztowne odprowadzenie do kanalizacji. Wymaga to nie tylko zmiany podejścia, ale przede wszystkim jasnych, jednoznacznych definicji w prawie, takich jak „mikroretencja” czy „urządzenie do retencjonowania wód”. Dla uproszczenia obowiązujących procedur w tym zakresie należałoby rozważyć zmianę prawa wodnego poprzez dopuszczenie możliwości wykonywania obiektów „małej retencji” np. wyłącznie poprzez złożenie zgłoszenia wodnoprawnego.
Czytaj więcej:
Do 18 lipca potrwają konsultacje programu, który w latach 2021–2027 będzie pełnił funkcję następcy programu „Infrastruktura i Środowisko". Na jego...
Pro
Jednocześnie zagwarantować należy gminom odpowiednie i stałe finansowanie. Rozwiązaniem może być wprowadzenie sprawiedliwego i przejrzystego systemu opłat za odprowadzanie wód opadowych od mieszkańców. Mieszkaniec czy inwestor, który retencjonuje wodę na własnym terenie, powinien płacić mniej lub wcale. Ci, którzy nie podejmują takich działań, powinni partycypować w kosztach utrzymania systemu. Co równie ważne, środki z tych opłat powinny pozostawać w zlewni, z której pochodzą, i być wyraźnie przeznaczone na rozwój lokalnej retencji i błękitno-zielonej infrastruktury.
Bez takich rozwiązań nawet najlepiej skonstruowane fundusze i programy unijne będą jedynie półśrodkiem. A miasta nadal będą zmuszone finansować walkę ze skutkami zmian klimatu z własnej kieszeni – bez wsparcia, bez przewidywalności i wbrew logice systemu, który powinien im w tym pomagać.
Autorka jest dr. nauk prawnych, adiunktem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Szczecińskiego, pełnomocnikiem zarządu ZWiK Szczecin ds. gospodarowania wód opadowych