Wiadomość ?o jej śmierci przekazywali sobie użytkownicy Facebooka i Twittera, śledzący wydarzenia na Ukrainie; zdjęcie uśmiechniętej dziewczyny stojącej na tle barykady w kamizelce z czerwonym krzyżem trafiło na okładki dzienników i do Białego Domu. Kilka godzin później przyszło dementi: jak się okazało, operacja ?w szpitalu polowym ocaliła jej życie. W piątek odzyskała przytomność, ?a za kilka tygodni okaże się, czy po postrzale w szyję będzie w stanie normalnie mówić.

Dziś jej tweety śledzi kilkanaście tysięcy obserwatorów. Jeśli na Ukrainie nie nastąpi w najbliższych dniach kolejny dramatyczny zwrot, Ołesia będzie rozchwytywana przez media. Spełnia wszelkie warunki, ?by stać się ikoną rewolucji: urocza ?i sławna, jest zarazem „dziewczyną ?z naszego podwórka". Starczy spojrzeć na jej wpisy na Twitterze sprzed dwóch tygodni, by się przekonać, że miała anginę, szukała kurtki puchówki i wybierała się na lwowski koncert heavymetalowej kapeli Children of Bodom, a wszyscy, którzy zaczną przeglądać jej strony na innych portalach społecznościowych, mogą poznać jej rysunki, wiersze, zwierzenia.

Ja, pamiętając rok 1989 w Polsce, usiłuję sobie wyobrazić jej trochę bardziej odległą przyszłość. Co czeka Ołesię? Starczy jej pewnie charakteru, by oprzeć się pokusom najmniejszego kalibru: nie zechce pozować do zdjęć w czasopiśmie drukowanym na śliskim papierze, nie weźmie udziału w kampanii reklamowej nowego szamponu – ale przecież bohaterowie naszej wolności oferowali nam nie takie gorycze. ?Co stoi na przeszkodzie, żeby za rok czy dwa, na fali rozgoryczenia kryzysem, bezrobociem, ślimaczącymi się negocjacjami z Brukselą, Ołesia oświadczyła publicznie „Przepraszam za Majdan"?

A przecież może być stokroć bardziej gorzko. Może zostać celebrytką ?i bywalczynią klubów, by w końcu ?w dworku nad Dnieprem wziąć huczny ślub z synem któregoś ?z ocalałych oligarchów. Może zostać na kilka tygodni kampanii jednym ?z „aniołków" lidera listy Swobody czy Udaru, zapomnianym kwadrans po wyborach. Może pisany jest jej los wziętej bizneswoman, ze stalowym uśmiechem sprzedającej ziemię dawnych kołchozów lub żyrującej gigantyczne kontrakty gazowe z Moskwą? Ba, może za ćwierć wieku zechce kandydować do Parlamentu Europejskiego (o ile ten przetrwa) ?z jednej listy z dawnymi funkcjonariuszami ukraińskiej bezpieki?

Może. Ale może zorganizuje stację telewizji satelitarnej nadającej do postsowieckich republik Azji Środkowej, z którymi łączy nas wspólnota niedawnego jarzma, albo sieć rodzinnych domów dziecka? Może zostanie nieprzekupną ordynatorką szpitala w Mikołajewie czy w Białej Cerkwi. Sędzią. Psychologiem dziecięcym. Pisarką.

Nakładam jej tymi nadziejami, choćby i nie nazbyt wygórowanymi, straszne brzemię: prawie jak rodzic, który lokuje niespełnione ambicje ?we własnym dziecku. Ale tak bardzo chciałoby się, by przeżywającej historyczny przełom Ukrainie oszczędzona została bodaj część rozczarowań i skundleń, która stała się przy podobnej okazji naszym udziałem.