Wydawało się, że skoro rząd aktualizuje tę strategię, to tym razem będzie ona lepiej osadzona w społecznych realiach, niż jej wersja ogłoszona w połowie ubiegłego roku. Wszak oparta ma być na „danych i wiedzy z ponad 650 źródeł z Polski i zagranicy”, w tym „artykułach naukowych, raportach i badaniach opinii”. Przede wszystkim zaś ma uwzględniać fundamentalny fakt, że bez imigracji nie zahamujemy depopulacji.

Po wybuchu wojny w Ukrainie na łamach „Rzeczpospolitej” apelowałem, aby Polska przekuła kryzys humanitarny w swój sukces poprzez wypracowanie odpowiedniej doktryny migracyjnej. „Nadszedł czas na przedstawienie rozwiązań długoterminowych, w których przedstawione zostaną ramy takiej doktryny wraz z rzetelnym bilansem szans i zagrożeń, począwszy od korzyści dla rynku pracy, a skończywszy na demografii” – pisałem. Niestety, rząd nadal nie widzi wyraźnego związku między demografią, która koncentruje się na zmianach ludnościowych, a starannie zaplanowaną polityką migracyjną. Tymczasem według prognoz ONZ pomiędzy 2040 a 2060 ludność Polski będzie wynosić 35 mln. Jednak ze względu na migrację może się zwiększyć o dodatkowe 4,3 mln osób.

W rządowej strategii ignorowane są także inne czynniki społeczne, które ograniczają przyrost naturalny. Takie choćby jak bariery w leczeniu bezpłodności, jakie można napotkać w publicznej służbie zdrowia. A przecież ten problem dotyczy prawie 1,5 miliona par! Taktownie pominięto także powszechny lęk przed ciążą, jaki obudził się w kobietach po kontrowersyjnym wyroku Trybunału Konstytucyjnego.

Problem polega więc z jednej strony na pomijaniu czynników niewygodnych dla władzy a z drugiej na pochwale rozmaitych „plusów” polityki rodzinnej, takich jak 500+ czy 300+. Mimo iż wdrożenie flagowego programu PiS Rodzina 500+ nie wystarczyło do zahamowania spadku dzietności, to we wsparciu finansowym upatruje się głównego czynnika poprawy demografii. Czyli daliśmy pieniądze, sytuacja się nie polepszyła, to dajmy więcej pieniędzy! Dla władzy z finansowym młotkiem w ręku naprawdę wszystko wydaje się być gwoździem.

W tak pomyślanej strategii, aspekty zdrowotne czy migracyjne schodzą na dalszy plan. Nie bierze się także pod uwagę zachodzących zmian społecznych, koncentrując się na wspomaganiu konserwatywnego modelu rodziny. Pisze się zresztą o tym wprost. Głównym celem jest przecież zbliżenie się do poziomu dzietności gwarantującego zastępowalność pokoleń do roku 2040. Tak więc kobiety mają po prostu rodzić więcej. Na dodatek, aby wyrwać się z „pułapki niskiej dzietności”, „rząd ma uwzględnić w systemie wsparcia finansowego konstytucyjny obowiązek szczególnej ochrony małżeństwa”. Potok pieniądza ma rozwiązać wszelkie kłopoty.

W ten nieco ezopowy sposób wyrażona została niechęć władz do samodzielnych rodziców i związków niemałżeńskich. To przejaw celowej ideologizacji, który przypomina powiedzenie Boya: „Przyznaję, że Polska mi zbrzydła: za dużo święconej wody, za mało zwykłego mydła”.

Tak myśląc i działając, nie uda się poprawić fatalnej sytuacji demograficznej w naszym kraju. Skoro „idee mają konsekwencje”, to konsekwencją idei przyświecających twórcom rządowej strategii, będzie jedynie dalsza zapaść demograficzna Polski.

Prof. Paweł Wojciechowski jest szefem Rady Gospodarczej Polski 2050