Zarysowuje się co najmniej pięć możliwych rodzajów konsekwencji zmian w oświacie, które dotkną nauczycieli, a tym samym uczniów i ich rodziców.

Pierwsze, to konsekwencje natury merytorycznej (przedmiotowo-metodycznej). Otóż niecały rok przed wejściem zmian w życie nauczyciele nie znają podstaw programowych, programów, siatki godzin i podręczników. Tym samym ani oni, ani uczniowie i ich rodzice nie wiedzą nawet jakich przedmiotów będą uczyć się dzieci w klasie siódmej oraz jak będzie wyglądała nauka w klasie I szkoły podstawowej. Jak i kiedy wobec tego zdołają przygotować się merytorycznie do zmian? Czeka ich również przygotowanie uczniów do „jakiś" egzaminów zewnętrznych z czterech, odgórnie wyznaczonych przedmiotów. O ile trzy z nich nie budzą wątpliwości w środowisku nauczycielskim – język polski, matematyka i język obcy, o tyle czwarty, zdaniem wielu ekspertów, powinien być zostawiony do wyboru przez uczniów.

Sięgając dalej, trudności się piętrzą: otóż w przywoływanym przez wielu roku szkolnym 2019/20 przyjdzie nauczycielom szkół licealnych pracować z dwoma różnymi podstawami programowymi, przygotowywać uczniów z dwóch różnych ciągów edukacyjnych tzn. nowego czteroletniego i „starego" trzyletniego, do dwóch różnych egzaminów maturalnych. Do tego najprawdopodobniej będzie się to odbywało w liceach-molochach z klasami przepełnionymi dwoma rocznikami: ostatnim rocznikiem wygaszanych gimnazjów i pierwszym rocznikiem kończącym ósmą klasę szkoły podstawowej. W obliczu wizji przeludnienia budynków i klas pojawia się wiele wątpliwości dotyczących warunków pracy nauczycieli i uczniów.

Drugie, to konsekwencje natury relacyjnej i wychowawczej. Zaskakującym wydaje się pomysł, aby nauczyciel nauczania początkowego/zintegrowanego miał być jednocześnie wychowawcą klasy IV (w związku z wydłużeniem etapu początkowego z klas I-III do I-IV) i rozpoczynał nauczanie w klasie I. Nauczyciele podkreślają w komentarzach, że przyjdzie im pracować z klasą I liczącą średnio 25 uczniów i z klasą IV z podobną liczbą podopiecznych, a to z kolei oznacza bycie wychowawcą 50 uczniów. W jaki sposób zdołają w takich warunkach dobrze wykonywać swe obowiązki wobec 100 rodziców organizując dla nich zebrania, „drzwi otwarte", spotkania indywidualne, spotkania integracyjno-okazjonalne? Jak i kiedy uda mu się zorganizować wycieczki dla uczniów, wyjścia klasowe, zabawy pozalekcyjne, indywidualne rozmowy? Czy nie ucierpi na tym jakość relacji wszystkich beneficjentów życia szkolnego? Przecież jak mantra powtarzane jest stwierdzenie, że edukacja to przede wszystkim relacja.

Trzecie to konsekwencje natury organizacyjnej. Pojawią się, na przykład, tam, gdzie nauka w klasach I-III/IV i jej kontynuacja w klasach IV/V-VIII będą się odbywały w oddzielnych budynkach, gdyż dotychczasowe siedziby szkół nie pomieszczą wszystkich klas od I do VIII. Zakłada się przy tym wykorzystanie w pełni wyposażonych budynków po wygaszanych gimnazjach. Jednak, jak zawsze wszystko tkwi w szczegółach - kto, kiedy i czy dostosuje dotychczasową przystosowaną do gimnazjalistów szkołę w odpowiednią do wieku, potrzeb i możliwości infrastrukturę dla małych uczniów (meble, pomoce dydaktyczne, łazienki, ...). Konieczne będzie również ponowne wypracowywanie tradycji, obrzędowości, zwyczajów w nowych szkołach. Utracimy to, co już zostało wspólnie z uczniami i rodzicami stworzone na przestrzeni lat.

Czwarty rodzaj konsekwencji stanowią konsekwencje natury psychologicznej i społecznej. Trudno nie zgodzić się z argumentem, że w nowy rok szkolny wszyscy zainteresowani wkroczyli z bagażem pytań dotyczących zmian i braku konkretnych na nie odpowiedzi. Tymczasem rodzice i uczniowie oczekują, że to nauczyciel będący ich łącznikiem z pozostałymi instancjami edukacyjnymi będzie umiał odpowiedzieć na każdą wątpliwość i wyjaśnić niedopowiedzenia. Takie oczekiwanie jest całkiem naturalne, jednak nie da się go spełnić w obecnej mgliście zarysowanej przyszłości edukacyjnej. Sprawy materialne nauczycieli okazują się być tematem tabu. Lepiej o nich nie wspominać. To razi. To się nie podoba. Nauczyciel ma żyć misją wynikającą z powołania i pasji. Czyż jednak niestabilność zatrudnienia nie może być tak zwyczajnie, po ludzku, zniechęcająca do pracy? Na ile uda się nauczycielom i uczniom po raz kolejny uniknąć zniechęcenia spowodowanego byciem zakładnikiem reform?

Piąte to konsekwencje natury materialno-bytowej. W szkołach ponadgimnazjalnych (ponadpodstawowych) nauczyciele odetchnęli zapewne z ulgą, bo wydłużył im się etap edukacyjny, więc będą mieć pracę. W gimnazjach żyją w niepewności, ponieważ nie wiedzą, jakie zapadną decyzje w poszczególnych samorządach. Dotyczy to zwłaszcza gimnazjów samodzielnych – jeżeli w przyszłym roku szkolnym (2017/18) odejdzie jeden rocznik (klasy trzecie), a przyjdą do szkoły klasy pierwsze szkoły podstawowej, to jaki będzie los nauczycieli gimnazjalnych? Czego i kogo będą uczyć? Mogą stracić pracę. Tym bardziej, że większość nauczycieli gimnazjalnych może nie znaleźć zatrudnienia w szkołach podstawowych czy ponadpodstawowych, ponieważ w wielu z nich nauczyciele mają często niepełne etaty. Konsekwencją poczucia zagrożenia może być, niestety, trudność w skupieniu się na bieżących zadaniach edukacyjnych.

Małgorzata Piotrowska-Skrzypek należy do Federacji Stowarzyszeń Nauczycielskich