Ze sceny nakrytej dwoma gigantycznymi czapkami a la Angus – wyposażonymi w nieodzowne rogi – prysnęły iskry. Zazgrzytało, zahuczało i wtoczył się „Rock N’Roll Train”.
Bohater bezprecedensowego tournée złożonego ze 150 koncertów, rozpoczętego jesienią 2008 roku.
Na telebimach widzieliśmy, że lider AC/DC przeprowadził pociąg nie do końca legalnie. Porwał bowiem stojącą na bocznicy lokomotywę i łamał ograniczenia szybkości. Zabawiał się z seksownymi panienkami, ale nie zaniedbał o dorzucanie węgla do paleniska, by być u nas punktualnie o dziewiątej wieczorem.
Tym, którzy oczekiwali, że Angus wyjdzie z lokomotywy – gitarzysta zrobił psikusa. Wyskoczył niczym diabeł z pudełka, na początku wysuniętego między widownię wybiegu.
Bądźmy szczerzy – gimnazjalny garniturek muzyka z nieodłącznymi krótkimi spodenkami i czapka skrywająca coraz większe zakola nas nie zmylą. Kilkudziesięciometrowy podest jest pamiątką po nieprawdopodobnym szaleństwie młodości i wieku średniego, gdy Young potrafił w ciągu dwugodzinnego show przebiec z gitarą kilka kilometrów.
Trzeba jednak docenić niemalejącą ambicję gitarzysty. Nie chciał zamknąć się w pudełku sceny i utracić bliski kontakt z fanami. Dlatego z wybiegu nie zrezygnował. Zmienił tylko dynamikę ruchu. Rozpędzony Angus, machając głową nad gitarą, przeistoczył się w dystyngowanego króla estrady. Unosił kolana w słynnym kroku Chucka Berry’ego wolniej, ale wyżej i majestatyczniej. Wypinał dumnie pierś do przodu, powyżej gryfu, i jakby walcząc z oporem powietrza, sunął po scenie z kocią zwinnością.
Przerwy między utworami były dłuższe niż przed laty. Już dawniej liderowi AC/DC podawano maskę z tlenem. Kto wie, co działo się w kulisach. Może i odbywała się tam reanimacja. Może i niejedna! Nieważne! Bo po chwili niezniszczalny muzyk ruszał do walki, by po raz kolejny udowodnić, że jest mistrzem.
Gdy po starszych przebojach „Hell Ain’t a Bad Place To Be” i „Back in Black” publiczność chłodniej przyjęła nowszy „Big Jack”, grupa użyła swoich muzycznych asów. Posypały się jak z rękawa „Dirty Deeds Done Dirt Cheap”, „Shot Down in Flames” i zaintonowany dłuższym niż zwykle vibrattem „Thunderstruck”.
Koncerty AC/DC są rytuałem, dlatego nie mogło zabraknąć „Hells Bells”. Utwór rozpoczął wokalista Brian Johnson – bujał się rozkosznie na linie uruchamiającej gigantyczny dzwon. Wystrzały z armat zapowiedziały „For Those About to Rock”.
A kiedy Johnson powiedział, że zagra dla nas gitarzysta mający diabła w palcach i bluesa w duszy, usłyszeliśmy „The Jack”. Angus cudownie przeciągał dźwięki gitary, żebyśmy mogli smakować ich niepowtarzalną soczystość. Nie zabrakło uświęconego blisko czterdziestoletnią już tradycją striptizu.
Na Bemowie nie było gorąco, a mimo to Young zdjął marynarkę i koszulę. Kiedy pozostał tylko w spodenkach, przyszedł czas na bokserki. Tym razem gitarzysta ich nie zdjął. Miał mocne alibi – na bieliźnie czerwieniła się nazwa najlepszego rockandrollowego zespołu na świecie: AC/DC. Lepszego nie słyszałem.