Reklama

Opera Narodowa lubi rozmach, Opera Bałtycka – skromność

W minionym sezonie skromne spektakle były nie mniej interesujące od tych z nadmiarem pomysłów

Aktualizacja: 18.07.2011 12:53 Publikacja: 15.07.2011 19:30

"Turandot"

"Turandot"

Foto: Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski

Opera jest sztuką totalną – lubi mawiać Mariusz Treliński i na narodowej scenie, której jest szefem artystycznym, udowadnia słuszność tego stwierdzenia. Muzyka i śpiew muszą być poparte obrazem, ruchem, wizją plastyczną, a nade wszystko reżyserskim pomysłem.

Według tych reguł przygotowano premiery sezonu w Operze Narodowej, począwszy od "Pasażerki" Weinberga (reż. David Pountney), w której oszałamiała scenografia, łącząca elegancki transatlantyk z realiami obozu w Auschwitz, aż po "Matsukaze" Hosokawy. Niemka Sasha Waltz zamieniła współczesną operę japońskiego kompozytora w widowisko nowego typu. Granice między gatunkami uległy zatarciu, nie wiadomo było, kto na scenie jest śpiewakiem, a kto tancerzem. Widz nie miał czasu na rozwikłanie tej zagadki, bo chłonął kolejne niezwykłe obrazy sceniczne.

W pięciogodzinnych "Trojanach" Berlioza reżyser Carlus Padrissa dał z kolei pokaz tego, co obecnie jest trendy. Niczego nie należy więc pokazywać tak, jak życzył sobie kompozytor, mitologiczny Eneasz musiał przywdziać kosmiczny kostium, bo na scenę operową trafił niemal wprost z planu "Gwiezdnych wojen".

Widowiskowa atrakcyjność tych trzech spektakli nie przytłoczyła muzyki, co obecnie w teatrze opanowanym przez reżyserów z nadmierną inwencją, jest ewenementem. Jednak po obejrzeniu tego zestawu zaczynamy sobie uświadamiać, że każda premiera bywa wyzwaniem zarówno artystycznym, jak i technologicznym, skoro potrzebni są fruwający wykonawcy, akcję wspierają rozbudowane wizualizacje i filmy z fabułą. A światła sterowane komputerowo i głos śpiewaków poddany amplifikacji – to norma.

Obroty dwóch scen

Nawet "Turandot" Pucciniego, którą Mariusz Treliński postanowił zamienić w kameralną psychodramę, też wymagała specjalnych nakładów. Dla potrzeb tej premiery w Operze Narodowej wybudowano drugą scenę obrotową, która nałożona na starą musiała kręcić się w przeciwną stronę. Liczba  przedmiotów i wykonawców krążących w różnych kierunkach wystarczyłaby dla kilku innych przedstawień.

Reklama
Reklama

W każdym z tych szaleństw reżyserskich była ukryta myśl interpretacyjna, te spektakle nie są wyłącznie zabawkami dla oczu i uszu. Tym niemniej sztuka wymaga skupienia i intymności. Kiedy w "Turandot" ze sceny zeszły dziewczynki, transwestyci oraz monstrualna lalka, a została jedynie chińska księżniczka i zakochany w niej Kalaf, spektakl zyskał niezwykłe napięcie. Wszystkie pomysły i gadżety stały się wówczas nieważne.

Opera bywa tak bogata i różnorodna, że można wystawiać ją na wiele sposobów. Żaden polski teatr nie może równać się z Operą Narodową, bo nie ma takich możliwości ani pieniędzy, ale inscenizacyjna skromność w kraju nie zawsze wynika z biedy. Zdarzają się spektakle superoszczędne jak "Maria Stuarda" Donizettiego (reż. Dieter Kaegi), jego dekorację da się zainstalować wszędzie. Było to jednak wspólne przedsięwzięcie teatrów Poznania, Łodzi oraz Bytomia i w najbliższych latach będzie między nimi krążyć.

Ciało i głos

W wielu przypadkach surowość ma swoje uzasadnienie. I tak w "Parsifalu" Wagnera w Operze Wrocławskiej za pomocą prostych symboli Georg Rootering nadał charakter uniwersalny i współczesny zarazem mistycznej opowieści o rycerzach świętego Graala. Całego "Króla Rogera" Szymanowskiego w Operze Narodowej David Pountney rozegrał w jednej dekoracji, przypominającej antyczny amfiteatr. Umiejętne operowane światłem oraz kilka zabiegów reżyserskich zmieniały tę dekorację w intrygującą przestrzeń.

Najdalej poszedł Marek Weiss w Operze Bałtyckiej. Jego "Salome" Straussa to rodzaj prowokacji wobec dzisiejszych inscenizatorów. Niemal żadnych dekoracji, śpiewacy ubrani we współczesne stroje koncertowe i orkiestra na scenie, a wśród niej uczestniczący w akcji Żydzi i Nazarejczycy. Najważniejszy pomysł polegał na rozszczepieniu pary głównych protagonistów – Salome i proroka Jochanaana – na głos i ciało, śpiewaków i tancerzy. Ten pozornie pretensjonalny zamysł dał siłę przedstawieniu. To, co śpiewa Salome, stało się rodzajem monologu wewnętrznego, zmysłowy taniec przed Herodem porywał, a końcowa scena nad ściętą głową proroka wręcz przerażała.

Opera Bałtycka dobrała sobie znakomitych wykonawców: Katarzyna Hołysz (Salome), Paweł Wunder (Herod), Anna Lubańska (Herodiada), tancerze Franciszka Kierc i Michał Łabuś, świetnie zagrała orkiestra. To wystarczyło, by powstał porywający spektakl bez zbędnych dodatków. Jestem jednak przekonany, że w następnym sezonie nikt nie pójdzie w ślady Marka Weissa. Szaleństwo inscenizacyjne będzie trwać.

Kultura
Słowacki Trenczyn Europejską Stolicą Kultury 2026
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Kultura
Bożena Dykiel. Od nimfy na Hondzie do lokatorki z domu na Wspólnej
Kultura
Nie żyje Bożena Dykiel
Kultura
Sztuka i biznes. Artyści na jubileusz Totalizatora Sportowego
Materiał Promocyjny
ROP na zakręcie. Bez kompromisu się nie uda
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama