Organizowany przez prezydenta Bidena w grudniu światowy szczyt demokracji ma oficjalny cel „pobudzenia zobowiązań i inicjatyw" w dziedzinach: obrony przed autorytaryzmem, walki z korupcją i promocji praw człowieka. Wezmą w nim udział nie tylko najbliżsi sojusznicy USA, ale również przedstawiciele organizacji pozarządowych, filantropi i wybitni prawnicy.

Piszę o celu oficjalnym, ale przecież równie ważny jest ten mniej oficjalny. Amerykanie rozbudowują oraz cementują swoją strefę wpływów i odnawiają sojusze. Wszystko po to, by zademonstrować przeciwnikom po drugiej stronie Pacyfiku siłę demokratycznego świata. W nasilającej się perspektywie konfrontacji z chińskim czy rosyjskim autorytaryzmem to jak liczenie oddziałów przed bitwą. Przegląd uzbrojenia, manewry i mowy motywacyjne.

Czytaj więcej

Prezydent Andrzej Duda na sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ
Czy Polska weźmie udział w szczycie demokracji prezydenta Bidena

Powinniśmy jako Polska brać w nim udział, tym bardziej że agenda spotkania wygląda, jakby była pisana z myślą o rządzących nad Wisłą politykach PiS. Mimo że odrzucają wszelkie zarzuty o autorytaryzm, polityczną korupcję czy nieszanowanie powszechnych praw człowieka, najprostsza lektura czołówek polskich gazet podpowiada, że powinni wsłuchiwać się w tę dyskusję z kajecikiem w ręku, notować i podkreślać wężykiem, jak radził niegdyś śp. Jan Kobuszewski śp. Wiesławowi Gołasowi. Nie wiadomo jednak, czy będą mieli szansę, bo formalnego zaproszenia wciąż nie ma. Zamiast niego z okolic kręgów waszyngtońskiej dyplomacji słyszy się, że Amerykanie zaczynają wątpić, czy sojusznik znad Wisły wciąż podziela wspólne do niedawna wartości, i uzależniają dobrą współpracę od rozwiązania problematycznych kwestii wolności mediów, stosunku do mniejszości LGBT i praworządności.

Dla wielu rządów byłoby to jak bicie w dzwon. Alert mobilizujący kierujących państwem, by nie wspomnieć o dyplomacji. A u nas? MSZ milczy, jego szef Zbigniew Rau jakby rozpłynął się w powietrzu, za to prezydencki minister Jakub Kumoch komentuje, że: rozmowa prezydentów USA i Polski jest potrzebna, ale chcemy, by wcześniej doszło w Waszyngtonie do refleksji na temat Nord Stream 2. Czyżby naprawdę oczekiwał, że Joe Biden (albo Antony Blinken) posypie sobie głowę popiołem i pójdzie jak Henryk IV w worze pokutnym do Kanossy? Osobiście bym na to nie liczył.

Liczyłbym za to na ożywienie polskiej polityki zagranicznej; większą aktywność w Brukseli, cementowanie Wyszehradu czy jak kto woli – Trójmorza. Jest naprawdę wiele do załatwienia w relacjach z Amerykanami, ale przede wszystkim w Europie, choćby forsowanie naszej wizji Wspólnoty, wzmocnienie Weimaru, unia energetyczna etc. Tyle że tu same problemy. Jak nie kolejny konflikt z Komisją Europejską, to kary nałożone przez TSUE. Jak nie odejście z polityki propolskiej Angeli Merkel, to konflikt z Czechami o Turów. Jak to wszystko rozwiązać? Nie ma szansy, by wszyscy stawili się karnie w Kanossie na Szucha. Może by więc jakoś inaczej?