Choć dziś Platforma Obywatelska znajduje się w zupełnie innej sytuacji niż kilka miesięcy temu, gdy Rafał Trzaskowski ogłaszał projekt Campus Polska Przyszłości, warto przypomnieć, jaki był wówczas pomysł na to wydarzenie. Prezydent Warszawy zdał sobie sprawę, że PO coraz bardziej staje się obciążeniem niż wartością dodaną, postanowił więc stworzyć za pomocą letniego festiwalu wehikuł, który przyciągnie do opozycji młodych ludzi i nowych wyborców, dla których szyld Platformy nie był wystarczająco atrakcyjny.

Jednak po powrocie Donalda Tuska sytuacja zmieniła się diametralnie. Notowania tej partii rosną, a były premier doskonale rozumie, na czym polega gra na polaryzację społeczną i polityczną. Z punktu widzenia własnej agendy Trzaskowski postąpił jednak słusznie, nie odwołując Campusu. Udało mu się bowiem stworzyć zupełnie nowy typ wydarzenia, będącego czymś pomiędzy festiwalem kulturalnym, kongresem politycznym a letnią szkołą liderów społecznych. W sposób oczywisty Trzaskowski, ale też po części Platforma zdominowali debatę publiczną.

Tusk złożył też kilka konkretnych deklaracji: zapewnił, że w ciągu trzech lat odsunie PiS od władzy, wprowadzi związki partnerskie, a sędziowie, którzy zostali nominowani przez nową KRS, stracą stanowiska

Najciekawszym z politycznego punktu widzenia punktem Campusu była debata Tuska i Trzaskowskiego. Choć obaj podkreślali, że nie dadzą się podzielić, że będą współpracować etc., choć wiele razy serdecznie poklepywali się po ramieniu, przekonując, że w pełni zgadzają się ze sobą, odpowiedzi na pytania, których udzielali, pokazywały, że w istocie bardzo się różnią. Tusk jawił się jako liberał, którego życie nauczyło z jednej strony umiarkowania, a z drugiej respektu dla rzeczywistości. Gdy więc Trzaskowski opowiadał się za jak najszybszą instytucjonalizacją związków osób tej samej płci, czy gdy mówił, że tylko legalna aborcja oznaczać będzie pełną realizację praw kobiet, Tusk podkreślał, że zmiany prawne nie mogą się zbyt rozchodzić ze społecznym konsensusem. Do młodych, którzy domagają się małżeństw osób tej samej płci, apelował więc, by zamiast pytać o to polityków, przekonywali do zmian obyczajowych dziadków i babcie. Podobna różnica pojawiła się w przypadku kryzysu migracyjnego na granicy z Białorusią. Chociaż obaj zgodnie krytykowali rząd, Tusk podkreślał, że główną odpowiedzialnością państwa jest ochrona granic, gdy Trzaskowski zwracał uwagę na humanitarny aspekt obecnej sytuacji, choć i on zwracał uwagę na zobowiązania wobec UE w kwestii kontroli przepływu uchodźców.

Czytaj więcej

Młodzież, która przyjechała na festiwal, ma być kluczem do zwycięstwa opozycji
Tusk w sam raz na Campus

Tusk złożył też kilka konkretnych deklaracji: zapewnił, że w ciągu trzech lat odsunie PiS od władzy, wprowadzi związki partnerskie, a sędziowie, którzy zostali nominowani przez nową KRS, stracą stanowiska. Trudniej teraz go więc będzie krytykować za to, że nie przedstawia planu, jak ma wyglądać Polska po PiS. Chociaż upór, z jakim gromi symetryzm, godny jest lepszej sprawy. Zresztą nic dziwnego – ci, którym zależy na totalnej polaryzacji, najbardziej nie cierpią tych, którzy potwierdzają, że Polska jest wspólnotą, a nie areną starcia metafizycznego dobra z metafizycznym złem.

Campus z pewnością zbudował Trzaskowskiego jako kogoś, kto może stać się motorem nowej jakości w polskiej polityce. Ale równocześnie Tusk swoim wystąpieniem udowodnił, że jest politykiem zupełnie innej wagi niż ktokolwiek po stronie opozycji. I właśnie to jest jego największym atutem, pozwalającym na wygłaszanie deklaracji niekiedy sprzecznych z opozycyjnym odruchem, jak choćby pełne poparcie wszelkich rekomendacji Rady Medycznej przy premierze czy podkreślanie wagi ochrony granic i zachęta do ponadpolitycznego dialogu w sprawie rozwiązania kryzysu w Usnarzu Górnym, podczas gdy posłowie jego partii urządzają sobie tam polityczne happeningi.