[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/04/26/piotr-koscinski-ryzykowna-gra-z-lukaszenka/]skomentuj na blogu [/link][/b]

Najważniejsze jest to, by Europa nie uznała teraz, że "problem Białorusi" został rozwiązany.

Przez ostatnie lata Łukaszenko i jego bliscy współpracownicy wyjeżdżali jedynie do Moskwy i stolic krajów rządzonych przez radykalną lewicę, na przykład do Pekinu czy Hanoi.

Przywódcy państw demokratycznych nie spotykali się z Łukaszenką z dwóch powodów. Po pierwsze, był to dla niego rodzaj kary – prezydent Białorusi rządził w sposób autorytarny, likwidował niezależne organizacje i wsadzał swych oponentów do więzień. Po drugie, chodziło o wywarcie nacisku na Łukaszenkę. By – chcąc mieć kontakty z Europą i podróżować po świecie – zgodził się na demokratyzację Białorusi.

Izolacja Łukaszenki pomogła w niewielkim stopniu, dodatkowo też sprzyjała uzależnianiu Białorusi od Rosji. I zapewne dlatego Unia Europejska zgodziła się uchylić sankcje wizowe wobec białoruskiego kierownictwa po bardzo skromnych koncesjach ze strony oficjalnego Mińska. Te koncesje dają się streścić w kilku punktach: zwolnienie więźniów politycznych (co nie oznacza rezygnacji z ciągania opozycjonistów po sądach), łagodniejsza postawa wobec antyrządowych demonstracji, minimalna demokratyzacja procesu wyborczego (ale też w białoruskim parlamencie nie ma ani jednego opozycjonisty), minimalna poprawa sytuacji niezależnych mediów.

Istnieje niebezpieczeństwo, że przyjmowany w europejskich stolicach Łukaszenko uzna, iż więcej nic zmieniać na Białorusi nie trzeba. To byłoby fatalne. Unia Europejska powinna wciąż wywierać nacisk na Mińsk. I przypominać, że zgoda na wizytę Łukaszenki w Rzymie czy udział w szczycie UE w Pradze nie oznacza akceptacji tego, co się u naszego wschodniego sąsiada dzieje.