Można odnieść wrażenie, że na chwilę wróciła atmosfera sprzed lat. Lewica postkomunistyczna niegłosująca i izolowana. PO i PiS wspólnie obdarzające zaufaniem historyka, którego ukształtowała atmosfera IPN-owskiej pasji badania przeszłości bez tematów tabu. A kampania mainstreamowych mediów zignorowana.
Wypada się cieszyć, ale trudno być bezwarunkowym optymistą. Warto pochwalić PO, że nie wymyśliła nowej, korporacyjnej procedury wyborów prezesa IPN, gdzie kandydata wskazują środowiska akademickie, tylko po to, aby wygrał namaszczony przez nią człowiek. Ale dla niej samej ostateczny wynik był zaskoczeniem. Uszanowała go, nie chcąc otwierać kolejnych frontów. I kompromitować się unieważnianiem czegoś, co miało być wzorem "odpolitycznienia".