Tak było i tym razem, kiedy boeing z uszkodzonym podwoziem najpierw kilkadziesiąt minut krążył nad Warszawą, a potem zdecydował się usiąść na wyściełanym pianą gaśniczą Okęciu. Wstrzymaliśmy oddech, obawiając się kolejnej lotniczej tragedii.
Jednak nic złego nie nastąpiło. Pilot maszynę na ziemię sprowadził idealnie. Równo i łagodnie samolot szorował po ziemi, wyhamowywał, spod silników posypały się iskry, wreszcie zatrzymał się na pasie. Po kilku sekundach otoczyły go wozy gaśnicze, piana popłynęła na rozgrzany kadłub samolotu, a pierwsi pasażerowie zaczęli zjeżdżać po nadmuchiwanych trapach.