Ten symptom to reakcja „oświeconej" publiczności na dwa wystąpienia prezesa PiS. Pierwsze, gdy prezentował pomysły swojej partii na walkę z kryzysem. Drugie, kiedy zapraszał na debatę znanych ekonomistów.

Raczcie Państwo zauważyć, że jeszcze rok temu Jarosław Kaczyński zostałby zabity śmiechem. Drwinom i szyderstwom nie byłoby końca. A jeśli nie tą metodą to obie inicjatywy zostałyby utopione w lekceważeniu. Tak jak kiedyś pomysły z aniołkami Kaczyńskiego, czy kongresem PiS w Poznaniu.

Tym razem jest inaczej. Wielu komentatorów całkowicie nieżyczliwych Kaczyńskiemu z powagą zaczęło rozważać punkty z jego prezentacji. Mimo, że jest tam wiele błędów i propozycji co najmniej kontrowersyjnych. Powtórzymy – jeszcze rok temu wystarczyłby jeden błąd do wysadzenia całego programu. Dziś słabe strony pomysłów PiS są traktowane niemal ulgowo.

Kaczyńskiemu uszło na sucho dość specyficzne zaproszenie ekonomistów do debaty. Tu też kabareciarze mieliby używanie. Choćby z tego powodu, że prezes PiS przekręcił jedno czy więcej nazwisk. I uparcie mówił „doktór", w wersji z „o" kreskowanym. Jego propozycja została potraktowana z zaskakującą powagą.

Ekonomiści zostali zaproszeni w sposób raczej obcesowy. Dowiedzieli się o tym z mediów. Wiedzą, że będą uczestniczyli w partyjnej imprezie, którą grupowanie polityczne wykorzystuje dla własnych sondażowych celów. Mimo to nie ma spektakularnych odmów. Grzegorz Kołodko odmówił, ale nie uniósł się przy tym jakimś obrzydzeniem, czy gniewem. Po prostu nie ma czasu. A wspomnijmy nieodległe lata, gdy modą było odmowa przyjmowania najwyższych odznaczeń z rąk innego Kaczyńskiego.

To zły sygnał dla Donalda Tuska. „Jego" elity tym razem mu nie pomogły. Co więcej, używając leninowskiej frazy, obiektywnie stały się sojusznikiem jego przeciwnika. Nie zdyskredytowały, ale niemal podpisały się pod sztandarowym przedsięwzięciem partii opozycyjnej. Pytanie dlaczego?

Pierwsza odpowiedź nazywa się kryzys. Wszyscy się go boją, a niektórzy przy tym mają poczucie, że premier nie ma wcale dobrego planu ratunkowego. Fiskalizm to nie wszystko. Rząd nie przedstawił żadnych pomysłów stymulacyjnych. Pomysły Waldemara Pawlaka, te z deregulacją, są dobrze oceniane. Ale to są pomysły Pawlaka, nie Tuska. I wszyscy to wiedzą.

Druga rzecz nazywa się „zmęczenie Tuskiem". Bardziej konkretnie zmęczenie jego polityką prowadzoną z niedostępnego pałacu, jego komunikowaniem się z pomocą rzadkich, zrytualizowanych konferencji prasowych. Polityką z nikim nie konsultowaną, nawet z własnym zapleczem. Żartem można stwierdzić, że gdy ktoś kiedyś napisze „Krótką historię Platformy (obywatelskiej)" to będzie mógł nazwać epokę Tuska czasem kultu jednostki i woluntaryzmu. To ostatnie słowo w sowieckiej propagandzie odnosiło się nie do Stalina, ale Chruszczowa. Tu akurat pasuje, bo np. wynajęcie Romana Giertycha ma tyleż sensu, co polecenia Nikity Siergiejewicza, aby siać kukurydzę pod Kołem Podbiegunowym. No ale, kto szefowi zabroni? Choć wiemy, jak to się kończy.