Po 16 latach przerwy głośna postać amerykańskiego rapu Dr. Dre nagrał trzeci solowy album. Jego premiera zbiega się z wejściem do kin biograficznego filmu „Straight Outta Compton" opowiadającym, jak powstawał słynny album hiphopowej grupy N.W.A., której mózgiem był właśnie Dr. Dre. Film miał premierę w USA trzy tygodnie temu. Kosztował 28 milionów dolarów, a zarobił już ponad 140 milionów i wciąż jest numerem jeden w Stanach Zjednoczonych.
Do podstawowego składu N.W.A. poza Dr. Dre (prawdziwe nazwisko Andre Young) wchodzili także Ice Cube (O'Shea Jackson), częściej pojawiający się w studiach filmowych niż muzycznych, i Eazy-E (Eric Wright) zmarły na AIDS w 1995 r.
Enigmatyczny skrót N.W.A. wiele mówił o ich motywacjach. Niggaz Wit Attitudes można przełożyć jako „Czarnuchy z charakterem". Każdy z nich zaczynał swoją przygodę z rapem z innego miejsca. Dre był didżejem w lokalnych klubach i próbował sił jako producent muzyczny. Ice Cube gdy zaczynali, wciąż chodził do szkoły. Z kolei Eazy-E był lokalnym dilerem narkotyków, z dużymi oszczędnościami, z których sfinansował pierwszy i jedyny album N.W.A. z 1988 r. zatytułowany tak jak biograficzny film. Sporo ich różniło, ale łączyło to, że żyli w Compton, na przedmieściach Los Angeles. Wielokrotnie zarzucano im gloryfikowanie gangów i przemocy. Oni tłumaczyli, że ich teksty są odbiciem otaczającego świata. Nie chwalili go, ale też nie udawali, że gangi oraz narkotyki nie istnieją. Nie chcieli grać hedonistycznego disco czy pościelowego r'n'b. Takie utwory jak „Fuck the Police" zapewniły im status klasyka gangsta rapu, jakiekolwiek byłyby ich intencje.
„Compton było urzeczywistnieniem amerykańskiego snu w wersji dla czarnych. Słoneczna Kalifornia z palmami w ogródku, w garażu przyczepa kempingowa i jacht. W latach 50. i 60. było stamtąd blisko do Los Angeles, a jednocześnie z dala od niebezpiecznych dzielnic. Afroamerykański sen, który z czasem nabrał gorzkiego posmaku. Działalność młodocianych gangów, napady, rozboje i włamania sprawiły, że wielu mieszkańców Compton chciałoby stąd wyjechać".
Takimi słowami czytanymi przez lektora rozpoczyna się nowy album Dr. Dre zatytułowany właśnie „Compton". Przez dziesięciolecia ta miejscowość, licząca dziś około 100 tysięcy mieszkańców, była najniebezpieczniejszym miejscem w USA. W 2005 r. popełniono tam rekordową liczbę 65 morderstw. Strzelaniny z użyciem kałasznikowów były codziennością. Ulic nie patrolowały radiowozy, tylko helikoptery. Upadek spokojnej dzielnicy zaczął się w latach 80., gdy dorastali tam N.W.A.
Głowa do interesów
Premiera albumu nieprzypadkowo zbiega się z wejściem do kin filmu o N.W.A. Dr. Dre zawsze miał głowę do interesów. Pomógł się wybić takim sławom, jak Snoop Dogg czy Eminem. Ostatnio najgłośniej jest o jego najmłodszym wychowanku z Compton - Kendricku Lamarze. Dre jest jednym z bogatszych raperów na świecie. Ma swoją wytwórnię płytową i przez lata zarabiał miliony na sprzedaży modnych i drogich słuchawek Beats by Dre. W ubiegłym roku sprzedał markę koncernowi Apple i został pierwszym miliarderem w historii Compton.
Jego najnowsza płyta to solidna, ponadgodzinna dawka dobrego rapu. Główna uwaga kieruje się na imponującą listę gości na albumie. Są tam największe nazwiska, z którymi przez lata pracował. Dopiero w ostatnim utworze „Talking to My Diary" Dre rymuje bez niczyjej pomocy i udowadnia, że nie tylko jest znakomitym producentem muzycznym, ale też czasem miewa przebłyski geniuszu jako raper. To mocny powrót, jednak porównywanie tej płyty do ostatnich płyt Kendricka Lamara czy Kanye Westa byłoby przesadą.