Dajmy mu się wygadać... Tak uznali autorzy filmu "Szalona miłość – Yves Saint-Laurent" z reżyserem Pierre'em Thorettonem na czele. Efekt – półtoragodzinny monolog Pierre'a Bergé, biznesmena geja, osamotnionego po śmierci partnera. Nie byle jakiego! Chodzi o króla mody, który wypromował nowoczesną kobietę. I siebie – bo logo YSL znają także ci, którym obojętne są wskazania dotyczące ubioru. Mistrz wycofał się z zawodu prawie dekadę temu; zmarł pięć lat później  (1 czerwca przypada trzecia rocznica), ale legenda trwa. Skutecznie podtrzymała ją "aukcja stulecia", fenomenalnie dochodowa wyprzedaż arcydzieł sztuki zgromadzonych przez Saint- -Laurenta i Bergé.

Zobacz fotosy z filmu

Przez cały film przewija się motyw kolekcjonerski. Kamera powoli penetruje bogate wnętrza urządzone przez Saint-Laurenta. Jego dokonania dla mody wspominane są jakby na marginesie.

O wiele więcej dowiadujemy się o naturze kreatora. Rozchwianego emocjonalnie, niekiedy na granicy choroby psychicznej. Jego paraliżująca nieśmiałość z latami przerodziła się w stany depresyjne "leczone" alkoholem i narkotykami.

Bergé opowiada o tym bez owijania w bawełnę. W ogóle relacjonuje swoje współżycie z "wielkim krawcem" w chłodny, konkretny sposób, jakby sporządzał bilans firmy. Na przekór tytułowi nie ma w filmie żadnego szaleństwa. To nie zarzut – brak histerii uważam za plus dokumentu.

Jednak forma filmu wydaje mi się nietrafiona. Niemal cały czas w kadrze oglądamy twarz Pierre'a Bergé, zgódźmy się – pozbawionego wizualnego magnetyzmu. Starszy pan wspomina, jak i kiedy narodziło się jego uczucie do pięknego, genialnego efeba o imieniu Yves. Otóż zaiskrzyło pomiędzy nimi... nad grobem Christiana Diora. Ten najsłynniejszy mistrz powojennej mody pierwszy docenił talent Saint-Laurenta, zatrudniając go jako asystenta. Dior zmarł w 1957 roku, przekazując pałeczkę 21-letniemu młodzikowi. Sukces! I to dwojakiego rodzaju: kobiety rozpływały się z zachwytu nad sukienkami zaprojektowanymi przez Yvesa, a bankrutujący dom mody wyszedł na prostą.

Szkoda, że tego typu smaczki trzeba wyławiać między wywodami pana Bergé, który przynudza o okolicznościach towarzyszących nabyciu domów w Marrakeszu, w Normandii, w Paryżu; o zdobyciu licencji pilota; o przyjaźni panów z prezydentem Mitterrandem, o Legii Honorowej dla Saint-Laurenta.

Mimo to samopoczucie YSL pogarszało się z roku na rok. Dowiadujemy się, że "sława nie dała mu nic oprócz cierpień" – z czym trudno się zgodzić.

Wolałabym więcej o epoce i ludziach, którzy pojawiali się w orbicie mistrza. Na przykład na kilku ujęciach miga Andy Warhol; widać też portret YSL wykonany przez słynnego popartystę. Jak doszło do spotkania? Przecież lata 60. to czas niejako zespolenia sztuki i mody. Yves pracował, aż furczało, co sezon rzucał nowalijki. Szczytem ekstrawagancji wydawała się seria minisukienek inspirowanych malarstwem Mondriana albo smoking dla płci pięknej, blezer, strój typu safari. Jednak najważniejsze dokonanie to spodnie dla dam, na każdą okazję, od rana do późnego wieczoru. Jemu też należy przypisać wprowadzenie na wybieg czarnoskórych modelek. W czasach, kiedy o rasizmie w modzie nie mówiono jeszcze w czasie przeszłym...

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Niektóre migawki uświadamiały skalę dorobku YSL. Jak choćby arcyciekawy pokaz-retrospektywa, przegląd 40-letniej działalności projektanta na modowej niwie, połączony z występem 300 modelek jednocześnie. To był show! Tymczasem ani słowa o tym i innych rewelacyjnych pomysłach bohatera dotyczących teatru mody.

Wspomniano tylko jedną aferę – z reklamą perfum Opium. Otóż nazwa zapachu wywołała sprzeciw Chińczyków, którym narkotyk kojarzył się podobno równie źle jak Żydom Holokaust.

Dobrze też, że przypomniane zostały początki walki o ujawnienie i pomoc dla ofiar AIDS. Tu opowiadający skromnie podkreślił zasługi własne oraz utraconego przyjaciela – dawali przykład, ujawniając swój związek.

Zresztą Yves miał własne negatywne przeżycia dotyczące braku akceptacji gejów – powołany do wojska podczas wojny francusko-algierskiej przeżył zapaść nerwową leczoną elektrowstrząsami.

Na koniec nie mogło zabraknąć złotej myśli. "Artyści żyją osobno, niejako równolegle do epoki; mimo to nadają jej kształt" – podsumował Pierre Bergé. Słusznie.