Nie ma co wdawać się w rozważania na temat przyczyn forsowania zmian w prawie medialnym. Pewien dobrze poinformowany poseł zdążył już wszem i wobec ogłosić, że chodzi o „zyskanie wpływu" na krytyczną wobec rządu stację telewizyjną. W takiej sytuacji powtarzanie, że chodzi tylko o to, by nie przejęli jej Chińczycy lub Rosjanie, brzmi jak kabaretowy skecz. Widać niektórych powtarzanie go bawi, najlepiej, jak kogoś bawią własne dowcipy.

Problem leży gdzie indziej. Czy nasz Sejm może przegłosować ustawę, która w jawny sposób zmusza zagranicznego inwestora do sprzedaży udziałów w polskiej firmie? Pewnie tak (jeśli znajdzie się większość, co nie jest pewne, ale bardzo prawdopodobne). Czy można zaskarżyć taką zmianę do międzynarodowego arbitrażu? Pewnie nie (a jeśli nawet, to najwyżej firma otrzyma odszkodowanie, na które wszyscy się złożymy). Czy USA odwołają ambasadora z Warszawy albo wyślą piechotę morską, by bronić swojej firmy? Na pewno nie, podobnie zresztą jak nie zażądają opuszczenia przez Polskę NATO, ani nie wycofają od nas swoich żołnierzy (w końcu w bazie Guantanamo stacjonuje wciąż 8,5 tys. marynarzy i marines, choć od 60 lat między USA a Kubą nie ma miłości).

A jednak jest się czego bać. Bo najwyraźniej osoby podejmujące u nas kluczowe decyzje nie mają zielonego pojęcia, na czym polegają relacje między rządem i prywatnym biznesem w USA.

Kiedy w 1953 r. prezydent Eisenhower wybrał na sekretarza obrony przemysłowca Charlesa Wilsona, wywołało to kontrowersje. Kłopot w tym, że Wilson był byłym szefem i akcjonariuszem koncernu General Motors. Zapytany przez komisję senacką o możliwy konflikt interesów udzielił słynnej odpowiedzi: „To, co jest dobre dla GM, jest też dobre dla USA" (w rzeczywistości odpowiedź była nieco bardziej finezyjna, ale do historii przeszła w takiej brutalnie prostej formie).

Nasi rządzący są najwyraźniej przekonani, że nikt w Waszyngtonie nie będzie kruszył kopii w sprawie jakiejś prywatnej firmy. Bo co to kogo obchodzi, zwłaszcza w porównaniu z korzyściami, które (jak sądzą) USA czerpią z aliansu z Polską. Mylą się. W amerykańskim widzeniu polityki rząd, zwłaszcza federalny, ma święty obowiązek bronić na świecie interesów amerykańskich obywateli i amerykańskich firm. Kraj, który świadomie zmienia prawo po to, by sekować amerykańską firmę, dokonuje ataku na te interesy, a tym samym ataku na USA. I tym samym deklaruje się jako wróg, nawet jeśli składa mętne obietnice zakupu amerykańskich czołgów.

Jeśli do tego dojdzie, USA nie odwołają swojego ambasadora z Warszawy. Ale staną się trzy bardzo złe rzeczy. Polska będzie wymieniana w jednym rzędzie z krajami szkodzącymi amerykańskim firmom, jak Rosja czy Wenezuela. Polska dramatycznie pogorszy swój wizerunek jako kraju przyjaznego dla amerykańskich inwestycji. A w relacjach Polski z USA z pewnością nastąpi ochłodzenie. A to może w znacznej mierze pozbawić nas, i to w ciężkich czasach, wsparcia ze strony najważniejszego sojusznika. Naprawdę nie warto.