[b][link=http://www.rp.pl/temat/449164.html]Więcej publicystyki ekonomicznej co piątek w dodatku {eko+}[/link][/b]

"Zainwestuj w Brazylii". Właśnie wylądowałam w Sao Paulo i taki napis widzę jako pierwszy, jeszcze przed informacjami wskazującymi kierunek do odprawy paszportowej i odbioru bagażu. Hasło reklamowe dumnie przyciąga wzrok na koszu na śmieci. Odważny to pomysł, by umieścić je właśnie tam, jakby zapominając, że jeszcze nie tak dawno Brazylia miała potężne problemy finansowe, a jej obligacje były na granicy "śmieciowych".

Dziś to zupełnie inny kraj. Samolot, z którego wysiadam, zapchany do ostatniego miejsca. Widać, że pasażerowie raczej nie są europejskimi turystami, bo ci jeżdżą na północ kraju – do Recife, Salvadoru, Manaus. W Sao Paulo robi się biznes. Tylko korek na magistrali dzielącej lotnisko od miasta taki sam jak zawsze. I to niezależnie od tego, czy jest to finansowa stolica kraju Sao Paulo, czy rozrywkowe Rio de Janeiro.

Brazylia to dziś najszybciej rozwijający się kraj w Ameryce Łacińskiej, a bank centralny i ekonomiści co kilka tygodni korygują w górę prognozy wzrostu na ten rok. W styczniu miało to być 4 proc. PKB, potem 4,5, jeszcze półtora miesiąca temu 4,8, a dzisiaj już 5 proc. – Przyspieszenie do 6 proc. wcale nie jest nierealne – uważa Paulo Leme, główny ekonomista Goldman Sachs ds. Ameryki Łacińskiej. Pojawiła się klasa średnia, a społeczeństwo nie jest tak rozwarstwione jak jeszcze pięć – sześć lat temu.

Rocznie w tym liczącym 206 mln mieszkańców kraju przybywa milion miejsc pracy. Od 2007 r. w infrastrukturę zainwestowano ponad 80 mld dol., ale drogi, poza głównymi międzystanowymi, są fatalnej jakości. Powstają nowe lotniska, linie lotnicze dokupują nowe samoloty, a sami Brazylijczycy wymieniają starą elektronikę na nową, kupują nowe auta. Guido Vildozo, analityk IHS Global, uważa, że bogacenie się społeczeństwa spowodowało, że w ostatnich dwóch latach liczba osób, dla których kupno auta jest całkiem realne, zwiększyła się o połowę. To dlatego ubiegłoroczna sprzedaż samochodów osobowych sięgnęła 3,1 mln sztuk. W tym roku ta liczba ma wzrosnąć do 3,4 mln i przekroczyć sprzedaż w Niemczech. Tyle że Niemcy mają 82 mln ludności.

Nie są to auta wielkie i paliwożerne. To raczej C2 Citroena, 207 Peugeota, gol – mniejszy golf Volkswagena, fiat palio, który z założenia miał być "globalnym" autem włoskiego koncernu, ale niezbyt przyjął się w Europie. W brazylijskiej fabryce Fiata przygotowywana jest produkcja nowego uno wyglądającego jak bardziej masywny "brat" tyskiej pandy. General Motors sprzedaje głównie chevrolety, w tym model do złudzenia przypominający starą corsę.

Do końca 2013 r. światowe koncerny motoryzacyjne wydadzą na brazylijskie inwestycje ponad 13 mld dol. – To tak jak z Chinami. Tutaj trzeba być – mówi "Rz" Paulo Leme. – To jeden z najszybciej rosnących rynków na świecie i nie chodzi tylko o motoryzację – wtóruje mu Alexandre Andrade, ekonomista z Tendencias Consultoria, firmy konsultingowej z Sao Paulo. – Największe koncerny po prostu muszą tu być. Ford zainwestuje tutaj do 2015 r. 3 mld dol. To o półtora miliarda więcej, niż planowaliśmy – mówił ostatnio w Sao Paulo prezes Forda Alan Mullaly. Nie jest jedyny. Philippe Varin, prezes PSA Peugeot Citroen, w tym samym czasie ulokuje w brazylijskich fabrykach miliard dolarów. Do planów inwestycyjnych w tym kraju wracają Hyundai i Kia.

To dlatego amerykańskie linie lotnicze Delta właśnie otwierają bezpośrednie połączenie Sao Paulo – Detroit. – Presja ze strony koncernów motoryzacyjnych była ogromna. Ale my też musimy wypełnić samoloty – powiedział Andrea Fisher Newman, wiceprezes Delty. Świat chce pracować z Brazylijczykami. Lotniczy sojusz Star Alliance, do którego należy również LOT, zdołał wyrwać konkurencji największego przewoźnika tego kraju – linie TAM – i przyjął je jako 30. członka. Na fetę urządzoną z tej okazji Glen Tilton, prezes innego członka Stara – United Airlines – przywiózł Neila Armstronga, pierwszego człowieka, który stanął na Księżycu. Sędziwy już Armstrong wywijał rześko flagą TAM przy dźwiękach znanego standardu Barta Howarda "Fly Me to the Moon" ("Zawieź mnie na Księżyc").

Takiego spektaklu nie robi się dla byle kogo. Brazylijczycy, którzy nawet w najtrudniejszych czasach nie grzeszyli skromnością, uważali, że im się to należało. Tylko prezes Tama, Libano Miranda Barroso, rozpłakał się jak bóbr. Przyznał potem, że o niespodziance Tiltona wiedział, ale nie przypuszczał, że będzie aż "taka".

Autopromocja
CYFROWA.RP.PL

Jak cyfrowa rewolucja wpływa na biznes i życie codzienne

CZYTAJ WIĘCEJ

[srodtytul]Drogo, bardzo drogo[/srodtytul]

Kolejne odkrycia gigantycznych złóż ropy pod dnem Atlantyku dały Brazylijczykom bezpieczeństwo energetyczne. Współpraca z Chińczykami gwarantuje, że będą pieniądze na eksploatację. Ani Bank Światowy, ani Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie mają wątpliwości, że Brazylia, dziś dziesiąta co do wielkości gospodarka na świecie, za 40 lat przeskoczy Niemcy, Japonię i Wielką Brytanię.

Brazylijczycy z tych wyliczeń śmieją się do rozpuku. Za 40 lat? Kto w ogóle myśli, co będzie za 40 lat? Teraz liczy się czas dzielący Brazylię od trzech wydarzeń: tegorocznych wyborów prezydenckich i dwóch wielkich sportowych imprez – mundialu w 2014 r. i olimpiady w Rio de Janeiro dwa lata później. A prezydent Luiz Ignacio da Silva, popularnie nazywany Lulą, mówi: – Strach pomyśleć, co by się działo z naszą gospodarką i realem, przy dzisiejszych kłopotach Grecji, gdyby nasza gospodarka nie była tak silna. Z pewnością bylibyśmy już bankrutem. Zbliżające się wybory prezydenckie, w których da Silva nie może już startować, nie budzą emocji. Mało kto już pamięta, że kiedy w 2002 r. było oczywiste, że wybory wygra lewicowy kandydat, brazylijski biznes szykował się do pakowania manatków, a pieniądze wypływały za granicę szerokim strumieniem. Wydawało się oczywiste, że Lula rozszerzy strefę lewicowych w Ameryce Łacińskiej i dołączy do braci Castro i Wenezuelczyka Hugo Chaveza.

Nic takiego się nie stało. Da Silva, który nauczył się czytać, kiedy miał dziesięć lat, a edukację zakończył w piątej klasie, zapełnił szkoły dziećmi z biednych rodzin. Po prostu płacił rodzicom za to, że dzieci chodzą do szkoły. Teraz ktokolwiek wygra wybory, ma ułatwione zadanie: po prostu nic nie zepsuć. – Rozmawiałem już z Dilmą Roussef (namaszczona przez prezydenta na jego następczynię – red.). Zapewniła mnie, że nie zamierza zmieniać polityki gospodarczej – mówił na spotkaniu z dziennikarzami Henrique Meirelles, prezes brazylijskiego banku centralnego. Jego zdaniem wszyscy kandydaci wiedzą, że społeczeństwo chce stabilizacji. Zaznacza jednak, że któremuś z kandydatów może przyjść do głowy manipulowanie kursem reala, by trochę osłabić walutę. – To natychmiast przyniesie skok inflacji, z którą Brazylia przegrała już niejedną wojnę – ostrzega Meirelles. Jego obawy podzielają inni ekonomiści. Nie są pewni, czy następca Luli nie będzie chciał szukać szybkiego sukcesu, dewaluując reala. Tegoroczny cel inflacyjny rządu to 4,5 proc. Ale ostatnio okazało się, że od początku roku ceny konsumpcyjne wzrosły już o 5,41 proc. Meirelles nie ukrywa, że w tej sytuacji nie ma innego wyjścia jak "podjęcie odpowiednich kroków". To oznacza, że stopy znów wzrosną z i tak już wysokich 9,5 proc.

Rzeczywiście waluta brazylijska z kursem 1,7 reala za dolara jest bardzo mocna. Rachunki w restauracjach Sao Paulo dorównują tym w Nowym Jorku. Żywność jest piekielnie droga. Za jedno mango w sezonie trzeba zapłacić półtora dolara, tyle samo za kilogram pomarańczy, które gniją w sadach. Ceny w sklepach z konfekcją są porównywalne z europejskimi, tyle że jakość nie ta. Para butów z jesiennej wyprzedaży to wydatek przynajmniej 70 – 80 dol. A w produkcji butów i skórzanej galanterii Brazylijczycy nadal są potęgą, tyle że przy takich cenach ta potęga szybko się skurczy.

[srodtytul]Dwie grupy kibiców[/srodtytul]

- Dzisiaj w Brazylii wydarza się zbyt wiele dobrego jednocześnie – mówi Ricardo Amorim, były dyrektor banku WestLB w Nowym Jorku. Nie ukrywa, że znacznie bardziej interesująca jest dla niego praca konsultanta w Brazylii, niż nowojorskiego bankiera. – Brazylia nigdy jeszcze nie miała tak wielkich szans, jak będzie miała przez wiele kolejnych lat – uważa Amorim. Brazylia ma dwie grupy kibiców. Tych, którzy żyją tegorocznymi mistrzostwami świata w RPA i na co dzień ubierają się w jaskrawo żółte koszulki narodowej reprezentacji, a ich dzieci nie uznają innych zabawek niż lampart Zukumi (maskotka mistrzostw). I takich, którzy uważają, że to obie imprezy, które dopiero odbędą się w Brazylii, dadzą tak ogromny impuls do rozwoju, że reformy Luli rzeczywiście okażą się nieodwracalne.

Stadiony są odbudowywane i odnawiane. Remontowane są drogi i mosty, bo to daje pracę. Podobno w największym parku Sao Paulo można bez obaw iść wieczorem na spacer. Podobno. Za to z pewnością na plaży Copacabanie w Rio nie można mieć na ręku nawet zegarka. I nie do pomyślenia jest wycieczka do którejś z otaczających to miasto faveli. Według oficjalnych danych łącznie w Rio i Sao Paulo policja zastrzeliła nie mniej niż tysiąc osób. Wiele z tych incydentów wyglądało wręcz na egzekucję. Rynek pracy jest regulowany ustawami wzorowanymi na etatystycznej polityce Mussoliniego. Zwolnienie pracownika jest tak drogie, że nadal wielu przedsiębiorców woli ich nie przyjmować, kwitnie więc praca na czarno. Firma doradcza McKinsey & Co szacuje szarą strefę w tym kraju na 40 proc. PKB.

Towary eksportowane z Brazylii tygodniami zalegają w portach, a urzędnicy państwowi, z których za kadencji Luli wielu straciło pracę są fatalnie opłacani, więc chętnie biorą łapówki. Prezydent nie miał jednak problemu, by wsadzić do więzienia burmistrza Brasilii, bo zbyt "się zaprzyjaźnił" z sektorem budowlanym.

I tu druga grupa brazylijskich kibiców zaciska kciuki, żeby wszystko, co trzeba wyczyścić w ciągu najbliższych czterech – sześciu lat, rzeczywiście się udało. Ci kibice są i w samej Brazylii, i za granicą i nie mają wątpliwości, że Ameryce Południowej potrzebny jest lider. I mają na to miejsce jednego kandydata.

[i]Danuta Walewska z Rio de Janeiro[/i]