Spełnia się proroczy sen z Księgi Rodzaju: po siedmiu latach tłustych nadeszły chude. Rosną napięcia budżetowe, których niedawno udawało się unikać dzięki rozpędzonej gospodarce. Ta jednak hamuje, ale rządzący zamiast racjonalizować wydatki, luzują hamulec i ułatwiają sobie zadłużanie poza budżetem i kontrolą Sejmu.

Ten właśnie rozpatruje zmiany naruszające już i tak nadwątloną stabilizacyjną regułę wydatkową. Pierwotnie miała ona zapewniać, że wydatki państwa będą rosły w bezpiecznym tempie wynikającym z realnego przyrostu PKB i prognozy inflacji. Stopniowo jednak była demontowana. Najnowsze zmiany wyłączają z niej wydatki na obronność i walkę z kryzysem energetycznym. To ważne pozycje, ale należałoby przynajmniej w części je równoważyć, szukając budżetowych oszczędności, czego w roku wyborczym rząd woli uniknąć.

Czytaj więcej

Rząd otwiera sobie drogę do dużego wzrostu wydatków

Hamulec, który miał poskramiać zbytnią hojność polityków, staje się atrapą. Na dodatek rząd chce zwolnić z podatku bankowego obligacje emitowane z gwarancjami Skarbu Państwa przez pozabudżetowe fundusze. Ta przynęta dla banków ma ułatwić krytykowany przez wielu ekonomistów sposób finansowania rządu.

Wszystko to stoi w sprzeczności z zapewnieniami premiera Morawieckiego, że będzie „dbać o to, by w trudnych latach 2023–2024 utrzymać stabilność finansów publicznych”. Rytualne zapewnienia mają sprawić, że koszty zapożyczania się nie wystrzelą, a kurs złotego nie zanurkuje. Szczerość deklaracji zweryfikują jednak najbliższe miesiące, które ze względu na wybory będą trudne dla finansów publicznych.

Już mnożą się pogłoski o kolejnej po 13. i 14. dodatkowej – 15. – emeryturze. Niestety, mówi o niej także prezydent Andrzeja Duda: – Jeżeli będzie potrzebna 15. emerytura, to również trzeba będzie ją rozważyć, także w kontekście możliwości budżetowych – zapewniał niedawno prezydent.

Już dwa dodatkowe świadczenia emerytalne kosztują ponad 20 mld zł rocznie – pomnożone przez pięć lat starczyłyby na budowę pierwszej polskiej elektrowni atomowej. A przecież to niejedyne hojne transfery, przeważnie rozdawane jak leci, bez kryterium dochodowego. Po 3 tys. zł dodatku węglowego mógł sięgnąć każdy, kto ma choćby piecyk typu koza, nie musi go nawet używać. Koszt dodatków – ponad 11,5 mld zł – na szczęście jednorazowy. Dlaczego nie dodano limitu dochodów? Zostałyby pieniądze na pomoc dla naprawdę potrzebujących.

Niestety, transferami rządzi nie logika potrzeb społecznych ani możliwości budżetu, ale badania poparcia dla PiS. I obrona żelaznego elektoratu. Właśnie usiłuje go odebrać Lewica kusząca emerytów projektem renty wdowiej.

To początek licytacji. Po tym, gdy PO obiecała nie likwidować 500+, nie zdziwię się, gdy w gorączce kampanii wyborczej ktoś – obojętne, z opozycji czy rządu – podbije stawkę, obiecując waloryzację tego kosztownego świadczenia. A wtedy hamulce puszczą. Właśnie dlatego nie wolno majstrować przy regule wydatkowej.