fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Psychiatrycznie niepoprawni

Filip Memches
Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
Z okładki najnowszego „Newsweeka” spogląda na mnie z obłąkanym wyrazem twarzy Jarosław Kaczyński. W tle płomienie. Podpis „Dzień świra” pasuje jak nic. Strach się bać. Photoshop robi swoje
P?odobnie argumentuje w poniedziałkowej „Gazecie Wyborczej” Jacek Żakowski: „Sensaci, histerycy, konfabulatorzy – paranoiczne umysły są wszędzie. Ale trwała wszechobecność tego rodzaju mózgów w centrum przestrzeni publicznej to polski fenomen, za który jako kraj płacimy dużą cenę”.
?Żakowski nie po raz pierwszy uderza w takie tony. Przypomnijmy diagnozę, jaką półtora roku temu postawił prezesowi PiS w rozmowie z Robertem Mazurkiem na łamach „Plusa Minusa”: „mentalność polityczna Kaczyńskiego i jego obozu zbudowana jest na lękowej strukturze osobowości, która powoduje, że wszędzie widzi on zagrożenia, a nie szanse, dostrzega wrogów, a nie partnerów, co prowadzi do nasilenia konfliktów, zamiast do szukania korzyści ze współpracy. (...) Taka osobowość wymaga terapii”.
Pół roku później Platforma Obywatelska wygrała wybory parlamentarne, uzyskując nad PiS 10 procent przewagi. Adam Michnik nie omieszkał tego skomentować w „GW” następująco: „te wybory to zwycięstwo Polski Marka Kondrata, i Kuby Wojewódzkiego, Polski ludzi bystrych i uśmiechniętych. Zapamiętam frazę Wojewódzkiego: »Młody czytelniku, jeśli nadal chcesz głosować na PiS – wcześnie skontaktuj się z lekarzem i farmaceutą«. Jakby Duch Święty przemówił ustami Kuby Wojewódzkiego”. Chodzi więc już nie tylko o partię Kaczyńskiego, ale i o jej wyborców. Oni również mają być niespełna rozumu.

Osobowość autorytarna

Psychiatryzacja polskiej debaty publicznej nie zaczęła się w roku 2011. Trwa od początku III RP, kiedy wyłonił się nowy podział polityczny. „Wyborcza”, angażując się w roku 1990 w „wojnę na górze”, propagowała pogląd, z którego wynikało, że tylko zdolna do kompromisów (takich jak Okrągły Stół), rozsądna, oświecona elita ma legitymację do rządzenia Polską. Jako jej przeciwieństwo wskazywano optującą za lustracją i dekomunizacją, a więc żądną krwi, postsolidarnościową prawicę.
Znamienne były słowa Jacka Kuronia z roku 1992, kiedy o swoich „byłych przyjaciołach”, Janie Olszewskim i Antonim Macierewiczu, powiedział, że są „chorzy z nienawiści” (powód – realizacja przez pierwszego jako premiera, a drugiego jako ministra spraw wewnętrznych sejmowej uchwały lustracyjnej). I to bynajmniej nie była wyłącznie przenośnia.
Taka wypowiedź odzwierciedlała przeświadczenie najbardziej opiniotwórczych wtedy środowisk – a popierały one Unię Demokratyczną przepoczwarzoną następnie w Unię Wolności – o tym, iż z prawicą się nie dyskutuje, bo szaleńca trzeba leczyć, a leczenie wszelką równoprawną dyskusję wyklucza. Niosło to określone konsekwencje polityczne: postkomuniści byli traktowani jako odpowiedzialna, cywilizowana opozycja, natomiast prawicę obrzydzano jako groźną siłę antysystemową, którą należy wypchnąć poza margines życia politycznego.
Odwoływanie się do kategorii psychopatologicznych w polityce to nie tylko polskie zjawisko. Przypomnijmy koncepcję „osobowości autorytarnej”, którą sformułował, skądinąd wybitny, niemiecki filozof społeczny, przedstawiciel osławionej szkoły frankfurckiej, Theodor Adorno.
Po objęciu władzy w Niemczech przez NSDAP frankfurtczycy przenieśli swoją działalność do USA. Na uniwersytecie w Berkeley Adorno spotkał naukowców, którzy interesowali się fenomenem antysemityzmu oraz etnocentryzmu i wraz z nimi opracował teorię osobowości autorytarnej oraz narzędzie do jej pomiaru – tak zwaną kalifornijską skalę F (skrót od słowa „faszyzm”).
Po drugiej wojnie światowej w Niemczech Zachodnich zaczął się dokonywać proces, który przeszedł do historii jako „przezwyciężanie przeszłości”. Nabrał on impetu w latach 60., kiedy do głosu doszła lewacka kontrkultura. Chodziło nie tylko o denazyfikację kraju w wymiarze politycznym, ale i o przeoranie mentalności tamtejszego społeczeństwa. Zakładano bowiem, że trzeba profilaktycznie zapobiec nie tylko recydywie nazizmu, ale i wszelkim tendencjom autorytarnym.
Adorno ze swoją teorią doskonale się w ten proces wpasował. „Osobowości autorytarnej”, która – jego zdaniem – miała dość powszechnie występować wśród Niemców przed dojściem Hitlera do władzy, przypisywał takie cechy, jak: bezkrytyczne przywiązanie do obowiązujących w danej społeczności konwencji oraz ślepe posłuszeństwo wobec autorytetów, skłonność do ulegania panującym przesądom i stereotypom, przypisywanie nadmiernej wartości sile i władzy, przerzucanie własnych negatywnych emocji na świat zewnętrzny, który w tym przypadku postrzegany jest jako niebezpieczny i wrogi.
Przyczyn autorytaryzmu – twierdził Adorno – należy szukać w hierarchicznej strukturze rodziny oraz w restrykcyjnych metodach wychowawczych. Dziecko przeżywa lęk i wrogość, a jedynym wyjściem z tej sytuacji pozostaje idealizacja rodzica, gdyż tylko ona pozwala na utrzymanie pozytywnej więzi z nim. Utrwala się zatem patologiczna relacja podporządkowanego z podporządkowującym. Potem, w życiu dorosłym, przenoszona jest ona na wszelkie autorytety i determinuje wybór określonego systemu wartości. Im wyższe natężenie cech autorytarnych, tym większe są uprzedzenia wobec mniejszości narodowych oraz silniejszy konserwatyzm polityczny i religijność.
Skoro tak, to nic dziwnego, że nad Renem nasuwała się myśl, iż aby zapobiec powtórce Holokaustu, trzeba społeczeństwo niemieckie poddać liberalnej reedukacji, która przerobi je na zbiorowość ludzi „bystrych i uśmiechniętych”, odrzucających „reakcyjne” tradycyjne wartości.
Pod koniec lat 90. ukazały się w Polsce dwie książki: „Psychologia polityczna” pod redakcją Krystyny Skarżyńskiej oraz „Paranoja polityczna. Psychopatologia nienawiści” Roberta S. Robbinsa i Jerrolda M. Posta. Szczególną uwagę na łamach „GW” poświęcił im w tekście pod wymownym tytułem „Polityka na kozetce” Lesław Maleszka, zdemaskowany później jako gorliwy tajny współpracownik SB o kryptonimie „Ketman”.

Paranoja polityczna

W pierwszej z pozycji zainteresowanie Maleszki wzbudziły rezultaty badań nad „postawami autorytarnymi” Polaków. Publicysta „Wyborczej”, referując ich rezultaty, nie krył swojego zatroskania tym, że w latach 1990-1994 wzrosła „aprobata dla tezy, że istnieją dwa typy ludzi: słabi i silni” oraz „liczba osób uważających, że wychowanie dziecka polega na wpojeniu mu bezwzględnego posłuszeństwa wobec rodziców”.
To miało się przekładać na preferencje wyborcze. Maleszka konstatował: „Rzecz jasna, »wrogowie wolności« nie głosowali na Unię Wolności. Ale nie głosowali też na postkomunistów”. Wyborcy o „postawach autorytarnych” popierali bowiem szeroko pojęte formacje konserwatywne: prawicę postsolidarnościową (zwłaszcza ZChN) oraz – cokolwiek by o nim sądzić – PSL. A więc siły, które na warszawsko-krakowskich salonach przedstawiano jako kwintesencję prowincjonalnego obciachu. Tym samym dawny TW „Ketman” mógł mieć satysfakcję z tego, że jego ideologiczne założenia sprawdziły się w rezultatach badań naukowych.
Natomiast z książki Robbinsa i Posta Maleszka cytował następujący fragment: „reakcja paranoiczna nie różni się jakościowo od wielu innych ludzkich reakcji. (…) Paranoja jest przesadną formą wypróbowanego w polityce stylu czujnej podejrzliwości (…) i wykorzystywania okazji”. Dalej publicysta „Wyborczej” wymieniał „politycznych paranoików” z całego świata, takich jak Hitler, Stalin, prorocy totalitarnych sekt, oraz wyjaśniał sedno idei, którymi uwodzili oni swoich zwolenników i wyznawców.
Wnioski Maleszki były porażające: „U nas, głosząc takie idee, nie do Tworek się trafia, lecz na przykład do Sejmu, do komisji przy Ministerstwie Kultury albo na prominentne stanowisko w telewizji publicznej”. I dlatego „póki nie zaczniemy myśleć racjonalnie, będziemy skazani na paranoików”. Czy czegoś ta fraza nie przypomina? Owszem, czołowy ideolog komunizacji Polski w latach 50. Tadeusz Kroński pisał w liście do Czesława Miłosza: „My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji”.

Schizofrenia bezobjawowa

Tymczasem państwo sowieckie uczyło swoich nieposłusznych obywateli racjonalnego myślenia, używając nie tylko tak prymitywnych narzędzi jak kolby. Swoistego „odkrycia” dokonała w ZSRR tamtejsza psychiatria. Chodzi o jednostkę chorobową, którą określono mianem „schizofrenii bezobjawowej”. Orzekano ją w przypadku ludzi inaczej odbierających rzeczywistość, niż chciała tego władza sowiecka. W efekcie lądowali oni w „psychuszkach”. Taka reedukacja była boleśnie skuteczna. Z „psychuszki” wychodził wrak człowieka, którego w dodatku obciążały żółte papiery. Spotkało to wielu bohaterskich dysydentów, chociażby Władimira Bukowskiego czy Natalię Gorbaniewską.
W dzisiejszej Polsce żadnemu politykowi „psychuszka” najprawdopodobniej nie grozi. Ale można się posuwać do rzeczy wyrafinowanych, ku uciesze gawiedzi. Kiedy Jarosławowi Kaczyńskiemu proces wytoczył były minister spraw wewnętrznych Janusz Kaczmarek – za to, że prezes PiS nazwał go „agentem śpiochem” – sąd „wydał postanowienie o dopuszczeniu dowodu z opinii dwóch biegłych lekarzy psychiatrów celem odpowiedzi na pytanie, czy stan zdrowia psychicznego oskarżonego pozwala na udział w postępowaniu sądowym”.
Pretekstem takiej decyzji był fakt, że po traumie, jaką dla Kaczyńskiego była śmierć w katastrofie smoleńskiej jego brata, bratowej, bliskich współpracowników, przyjmował on leki. Tyle że wypowiedź będąca przedmiotem rozprawy padła dwa lata przed katastrofą. Tak czy inaczej, decyzję sądu można było zinterpretować jako próbę skompromitowania polityka poprzez rzucenie na niego podejrzeń o niepoczytalność.
W Polsce zatem poprawność polityczna pokrywa się z poprawnością psychiatryczną. Niepoprawny psychiatrycznie okazuje się ten, kto uważa, że polityka to nie sielanka, ale konflikt interesów (wyznaje więc „spiskową teorię dziejów”). I że to „restrykcyjny” Kościół katolicki, a nie grupa liberalnych samozwańczych mędrców, wychowuje Polaków do solidarności, odwagi i poświęcenia – postaw niezbędnych dla trwania i rozwoju każdej ludzkiej zbiorowości. Zamiast jednak rzeczowego polemizowania z takimi poglądami, mamy kolejne ogłaszane przez media „dni świra”.
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA