fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Najpierw róże, potem kolce

Stefan Szczepłek
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Wielu trenerów reprezentacji witano z honorami i w świetle kamer. Odchodzili po cichu i w niełasce – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Franciszek Smuda został wybrany przez aklamację. Kibice pamiętali, jakich wzruszeń im dostarczył, prowadząc drużynę Widzewa w Lidze Mistrzów, a potem Wisłę, Zagłębie czy Lecha. Do dzisiaj dźwięczy im w uszach apel komentatora radiowego do sędziego: „Kończ pan, panie Turek". Tak się buduje wizerunek.
No więc kiedy Franciszek Smuda, człowiek odpowiedzialny, nie odniósł sukcesu na Euro, nie mógł sobie miejsca znaleźć. Do ostatniego meczu był jednym z najpopularniejszych ludzi w Polsce. W ciągu półtorej godziny świat mu się zawalił. W poczuciu porażki zamknął się na trzy dni w mieszkaniu, wyłączył telefon, telewizor i radio.
Nie chciał wiedzieć, co o nim mówią, piszą i dopiero kiedy żona uświadomiła mu, że nic się nie stało: „Franiu, nic się nie stało, nikogo nie zabiłeś", postanowił wyjść do ludzi. Wtedy przekonał się, że jest lepiej, niż myślał. Ludzie nie ubliżają mu ani nie rzucają w niego butelkami. W dodatku przyjął go zarząd PZPN i podziękował za pracę, jakakolwiek ona była. Można żyć dalej, chociaż drugiej szansy 64-letniemu trenerowi już PZPN nie da.

Milicjanci zatrzymywali ruch

Ze Smudą pożegnano się w sposób cywilizowany. Kazimierz Górski nie miał tyle szczęścia. Jego wybór na trenera kadry w ogóle nie odbił się echem. Późną jesienią 1970 roku mianował go na tę funkcję prezes PZPN Wiesław Ociepka. Nie był to człowiek jakoś szczególnie wyedukowany i bywały, za to minister spraw wewnętrznych. Być może nawet pytał kogoś o zdanie, ale, podobno, brał przede wszystkim pod uwagę fakt, że w roku 1945 Kazimierz Górski nosił mundur Ludowego Wojska Polskiego, widziano go na czołgu T-34 i stawiał w Warszawie zręby nowej państwowości. Ociepka uznał więc, że choć od wojny upłynęło ćwierć wieku, to jest wystarczający powód, aby powierzyć Górskiemu los narodowej reprezentacji. Tym bardziej że byłemu wojskowemu zawsze można dać rozkaz.
Pan Kazimierz nic o tym nie wiedział, w dodatku nie wytworzył w sobie uczucia wdzięczności. Robił swoje, a ponieważ wygrywał, prezes nie miał go za co stawiać na baczność. Wkrótce Kazimierz Górski stał się popularniejszy niż Mieczysław Fogg, o zdjęcia z trenerem zabiegał Edward Gierek, a milicjanci zatrzymywali ruch, żeby samochód wiozący pana Kazimierza mógł przejechać bezpiecznie przez skrzyżowanie.
Zdarzyło się jednak, że na igrzyskach olimpijskich w Montrealu Polska przegrała. Konkretnie zajęła drugie miejsce, czyli zdobyła srebrny medal. Coś, co jeszcze kilka lat wcześniej stanowiłoby powód do dumy, teraz stało się wstydem. Tak ustalono gdzieś na poziomie Komitetu Centralnego naszej partii, o czym poinformowała obywateli usłużna prasa.
Naród poczuł się oszukany, więc jego przedstawiciele – celnicy, pierwsi rodacy, z którymi na Okęciu zetknęli się powracający z Montrealu piłkarze – postanowili dać wyraz swojej frustracji. Ci sami, którzy do tej pory robili sobie z piłkarzami zdjęcia i prosili ich o znaczki PZPN, teraz wyjęli najbardziej gęste grzebienie, aby skrupulatnie, bagaż po bagażu, przeczesać dobytek zawodników.
Trenera nie oszczędzono i to był dla Kazimierza Górskiego pierwszy sygnał, że nazajutrz poproszą go, aby podał się do dymisji. Tak się też stało. Karą dodatkową była odmowa wydania zgody na pracę w Zatoce Perskiej, gdzie polskiego trenera ceniono bardziej niż w jego ojczyźnie. No to pojechał do Grecji i tam też został bohaterem.

Nie zdobył serc

Kazimierza Górskiego „rehabilitowano" stosunkowo szybko. Po kilku latach wrócił do Polski i został nawet prezesem PZPN. Ale kiedy na mundial do Hiszpanii leciała reprezentacja Antoniego Piechniczka i ktoś w PZPN rzucił myśl, że byłoby elegancko, gdyby poleciał też Kazimierz Górski, ktoś inny zaprotestował. Uznano, że obecność Górskiego „wpłynęłaby niekorzystnie na atmosferę".
Kiedy po kilku następnych latach Górski zdobył status pomnika, do jego mieszkania przy ulicy Madalińskiego pielgrzymowali trenerzy mający nadzieję na pracę w PZPN. Jedni po radę, inni po wsparcie. A do kogo mieli chodzić, jak nie do Górskiego? Tylko jemu się udało, a nawet kiedy przegrał, cechy charakteru sprawiły, że nie przestał być lubiany. Czego zresztą inni trenerzy, też dobrzy, ale w oczach kibiców, dziennikarzy i piłkarzy kontrowersyjni, nie mogli przeboleć.
Jacka Gmocha (73) wybrano na trenera tuż po „przegranych" igrzyskach w Montrealu. Faworytem był asystent Górskiego Andrzej Strejlau, ale PZPN uznał, że lepszy będzie nie ten trener, który do tej pory z Górskim pracował, tylko ten, którego ostatnio przy nim nie było. I choć Gmoch przebywał w momencie wyboru w USA, postawiono na niego.
Jacek Gmoch został trenerem w sierpniu (1976), a w październiku czekał go pierwszy mecz eliminacyjny do mistrzostw świata, z Portugalią w Porto. Sytuacja, w jakiej znalazł się Waldemar Fornalik, jest podobna. Różnica polega na tym, że Gmoch miał kilku zawodników na poziomie światowym, a Fornalik tylko jednego – dwóch.
Mimo że reprezentacja Jacka Gmocha zajęła na mundialu w Argentynie miejsce 5–8, on sam nie zdobył serc kibiców. Był członkiem PZPR, jego praca przypadła na ciemny okres historii po pierwszych porażkach Edwarda Gierka w Radomiu i Ursusie, piłkarze mieli ratować wizerunek władzy.
Trener nie był jowialnym, sympatycznym staruszkiem, znanym dziś z telewizyjnego studia, tylko świadomym swojej mocnej pozycji u władzy jastrzębiem, podejmującym na różnych polach decyzje, w których trudno się było doszukać sensu. Witano go bez entuzjazmu, żegnano z ulgą, a umiejętności trenerskie nie miały nic do tego.

Misja samobójcza

Partia pomogła w awansie społecznym także Januszowi Wójcikowi (59). Od zdobycia srebrnego medalu olimpijskiego w Barcelonie (1992) stał się najpopularniejszym trenerem w Polsce.
Ma swoje niezaprzeczalne zasługi na polu walki z PZPN. Najpierw, kiedy po igrzyskach nie udał mu się zamach stanu, przygotowany wspólnie z piłkarzami („zmieniamy szyld i jedziemy dalej"), pogłębił wizerunek związku jako organizacji konserwatywnej, niepoddającej się zmianom.
A kiedy już PZPN odebrał trenowanej przez Wójcika Legii tytuł mistrza Polski (1993), wojna ze związkiem zaczęła się na dobre i trwa.
Na swoje nieszczęście Janusz Wójcik został jednak trenerem pierwszej reprezentacji. Nawet z poparciem polityków wszelkich opcji, połączonych dobrem narodowym i miłością do futbolu. Niestety, samobójcza to była misja. Ambicje nie szły w parze z umiejętnościami.
Trener odnalazł się w polityce, równie przejrzystej jak piłka nożna. Nie tracił wiary w swoją gwiazdę, dopóki po balu sportowców nie pojechał samochodem po torach tramwajowych. Droga prowadziła w dół i była jednokierunkowa.
Dziś Wójcik jest reliktem wczesnego polskiego kapitalizmu, niewygodnym znajomym dla tych, którzy kiedyś przyjmowali go na salonach i ciekawostką dla TVN 24, porównywalną z Janem Tomaszewskim.

Blisko piłki

Wszyscy selekcjonerzy ostatnich blisko 40 lat stoją wciąż blisko piłki. Nie żyje tylko Ryszard Kulesza, człowiek niezwykłej uczciwości, który widząc pokazowy proces prezesa PZPN generała Mariana Ryby wobec piłkarzy kadry po tzw. aferze na Okęciu, sam podał się do dymisji.
Antoni Piechniczek (70 lat) wciąż ma realny wpływ na szkoleniowe decyzje związku. Mieszka w Wiśle i patrzy sobie na Beskidy. Wojciech Łazarek (75) mieszka w bloku w Oliwie, niedaleko bałtyckiej plaży. Bierze udział w pracach Rady Trenerów.
Andrzej Strejlau (72) to mieszkaniec warszawskiego blokowiska na Bemowie. Nie mógłby żyć bez piłki nożnej. Henryk Apostel (71) mieszka pod Piasecznem, po kłopotach zdrowotnych rzadko przychodzi na mecze, ale towarzyszy swojej żonie, aktorce Elżbiecie Panas, w zawodach golfowych.
Leszek Ćmikiewicz (65) prowadzi drużynę Orłów Górskiego. Zajmuje wciąż to samo mieszkanie w bloku na Dolnym Mokotowie, które otrzymał po mistrzostwach świata w roku 1974. Władysław Stachurski (67) mieszka na Ochocie, ma swoje stałe miejsce w „srebrnej loży" stadionu Legii. Zapracował na to.
Jerzy Engel (60) jest dyrektorem sportowym PZPN, szarą eminencją, jedynym Polakiem pracującym w Komisji Technicznej UEFA, gdzie nie można się dostać drogą wyborów. Ładnie mieszka na Ursynowie, a wyżywa się na Służewcu.
Paweł Janas (59) zaszył się w Puszczy Noteckiej we Wronkach, skąd wypada do Warszawy, Bełchatowa, Gdańska, w zależności od tego, kto zaproponuje mu pracę. Teraz odpoczywa.
Leo Beenhakker (70) wpadł do Polski i wypadł. Wrócił do Holandii. Wynikami i dość obcesowym stosunkiem do polskich trenerów dał argument przeciwnikom zatrudnienia trenera zagranicznego.
Stefan Majewski (56) wziął reprezentację po Beenhakkerze na dwa mecze, licząc na to, że przy dobrych wynikach utrzyma stanowisko. Piłkarze nie zrozumieli jego intencji (a może właśnie zrozumieli) i obydwa mecze przegrali. Majewski prowadzi reprezentację do lat 21. Mieszka na dziewiątym piętrze bloku na Ursynowie. Tam, gdzie trafił, przychodząc w roku 1979 do Legii. Jego córki żyją we Freiburgu, zięć jest Niemcem, więc wnuk, jeśli zostanie dobrym piłkarzem, będzie miał do wyboru którąś z dwóch reprezentacji.
Kiedyś ci wszyscy trenerzy byli na pierwszych stronach gazet. Dziś o niektórych mało kto pamięta i nie zna ich twarzy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA