fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Przypomnienie PIW

ROL
Z wielu zapamiętanych pozycji najważniejszego w ciągu dziesięcioleci krajowego domu wydawniczego PIW, tak lekkomyślnie zlikwidowanego decyzją urzędnika bodaj w randze ministra, szczególnie jestem przywiązany do kilkunastu tomów redagowanej przez Pawła Hertza serii „Podróże". Tym razem sięgnąłem na chwilę, która przedłużyła się do kilku godzin po „Anglię i Szkocję, przypomnienia z podróży roku 1820 – 24 odbytej"  Krystyna Lacha-Szyrmy. Godna przypomnienia jest już sama osoba autora. Urodzony w roku 1790, pochodził z rodziny małorolnych chłopów, która wywędrowała z Suwalszczyzny na Mazury, zmieniając też wyznanie z katolickiego na ewangelickie, gdy chłopiec miał dziesięć lat. Rozpoznając zdolności dziecka, miejscowy pastor na swój koszt wysłał go do gimnazjum w Królewcu z zamiarem kształcenia go na duchownego. W Królewcu zajął się nim uniwersytecki lektor języka polskiego, wskazując mu wartości kultury polskiej i nakłaniając do studiów na Uniwersytecie Wileńskim. Niezamożny, korzystał ze stypendium kuratora uniwersytetu Adama Jerzego Czartoryskiego. Po ukończeniu studiów i doktoracie został polecony jako guwerner Adama Konstantego Czartoryskiego, bratanka Adama Jerzego. W roku 1820 wyruszył ze swym podopiecznym w wielką podróż europejską przez Niemcy, Szwajcarię, Francję, zakończoną czteroletnim pobytem w Anglii, a głównie Szkocji, gdzie młodszy odbył regularne studia na Uniwersytecie Edynburskim, mające go przygotować do życia publicznego, a starszy osiągnął swój drugi doktorat z filozofii.

W Edynburgu Szyrma ogłaszał w poważnym kwartalniku „Black wood's Edinburgh Magazine" „Listy literackie i polityczne o Polsce, zawierające uwagi o Rosji i innych narodach słowiańskich", wydane tam następnie w osobnej książce (1823).

Po powrocie Szyrma został profesorem filozofii w Uniwersytecie Warszawskim, a także profesorem literatury i języka angielskiego w szkole przygotowawczej do Instytutu Politechnicznego. W 1828 ukazały się „Wypisy angielskie ze słownikiem" oraz trzy tomy „Anglii i Szkocji".
Jest to jeden z dwu pierwszych w naszym języku opisów cywilizacji miejskiej: „Londyn jest miastem ogromnym, łatwo jednak znaleźć każdego, dość wiedzieć ulicę i numer domu". W Warszawie ówczesnej, i jeszcze wiele lat później, nie było to takie proste. Na karcie tytułowej „Anglii" można było przeczytać: „W drukarni Gałęzowskiego i komp. Przy ulicy Żabiej nr 472". Oczywiście uliczka Żabia nie była aż tak długa. 472 był to numer hipoteczny budynku. Mógł sąsiadować z numerami 29 i 84. Dla badacza rozwoju przestrzeni miejskiej sytuowanie numerów hipotecznych na siatce ulic jest ważne, ale chcąc gdzieś trafić, trzeba było jeszcze wiedzieć, że jest to piąty wysoki dom za jakimś rogiem albo położony dokładnie naprzeciw określonego kościoła.
Zaczyna jednak Szyrma opowieść od początku, od dziesięciu dni spędzonych w Calais, w oczekiwaniu na pomyślny wiatr. Na ulicach spotyka Anglików, rozpoznając ich po kroju sukien, powściągliwym sposobie bycia, odmiennym od żywej gestykulacji Francuzów. Wkrótce musi skorygować to spostrzeżenie, trafiając na przybyszów z klas niższych, którzy już wtedy przebywali kanał, by opić się winem, zagrać miejscowym na nosie i wrócić do siebie. Po sześciogodzinnej podróży statkiem ląduje w Dover.
„Gościniec do Londynu jest wyborny, gładki jak stół; nie jest szeroki, bo Anglicy z ziemią są oszczędni, obsadzony żywopłotami. Pszenica po drodze była rzadka i niska. Mijane domy były wszystkie murowane, dachówką ceglaną lub goncikami z szarego łupku pokryte, niezmiernie małe. Przed każdym ogródek z kwiatami". W Rochester podróżni zatrzymali się na obiad. Podano jakąś zupę ni czarną, ni białą, której jeść nie byli w stanie. „Potem przyniesiono roast-beef stanowiący grunt i koronę stołu angielskiego. Był to ogromny piękny kawał tłustej wołowiny, nie upieczony, ale rozparzony tylko, po rozkrojeniu go nożem krew się sączyła, tak że sam widok wstręt sprawiał". Po tym doświadczeniu zwykł prosić, by pieczyste nieco dłużej na rożnie trzymano.
Przesadne wydaje mu się jednak zdanie wielu autorów, których naczytał się przed podróżą, że skłonność Anglików do półsurowego mięsa owocuje ich upodobaniem do boksu i okrucieństwa. Doradza, by jedząc poza domem, wybierać raczej szynki, ozory, ryby, sery. Ceny żywności były niewysokie, jedynie wina były, z racji wysokiego cła, drogie i najczęściej fałszowane.
Po przybyciu późnym wieczorem do stolicy podróżni stanęli w hotelu na Old Bond Street. Nazajutrz po nader obfitym śniadaniu, lecz z kawą znacznie słabszą niż w Polsce, odbył wielogodzinny spacer. Nie zachwycił go widok ceglanych, nietynkowanych domów, nieprzewyższających wysokości dwóch, trzech pięter. Za to nawierzchnia zarówno jezdni, jak i wydzielonych chodników dla przechodniów wzbudziła jego aprobatę. Uderzyła go obfitość reklam na każdym kroku, ich osobliwości: „Nadworny siodlarz księcia Yorku, nadworny dostawca oślego mleka dla tegoż, nadworny gubiciel pluskiew Najjaśniejszej Królowej".
Pierwszy pobyt w Londynie trwał tylko sześć dni. Nastąpiła podróż do Szkocji. Po drodze zobaczył po raz pierwszy drogi żelazne; koła pojazdów toczyły się po szynach, natomiast siłę pociągową stanowiły konie poruszające się między szynami. Mijał kopalnie węgla kamiennego z robotnikami zakopconymi jak Murzyni. Granice między oboma krajami stanowi rzeka Tweed. Po jej przekroczeniu krajobraz staje się coraz bardziej górzysty. W Edynburgu rozpoczęli poważne studia uniwersyteckie, w wolnych chwilach zwiedzając bliższe i dalsze okolice. Bywali też w sądach, by słuchać słynnych adwokatów. Gościli w domach arystokratycznych, gdzie obiady zaczynające się o siódmej kończyły się o pierwszej w nocy kolacją na zimno, nie zaniedbując odwiedzin u ludzi prostych. Uderzała Szyrmę ogromna ilość szkółek niedzielnych – około półtora tysiąca, dzięki którym jeśli nie wszyscy, to jednak ogromny procent populacji był w stanie czytać Biblię czy pisać listy.
Nie odmawiali sobie przyjemności takich jak oglądanie przez „najnowszy drobnowidz optyka Dollanda kilkuset robaczków pasących się na ciele jednego komara, a kilkadziesiąt innych żywiło się wygodnie jedną nogą mola".
W naszych czasach podobne widoki ma zapewne za sobą parlamentarzysta Niesiołowski Stefan.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA