fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

To nie są prawdziwi oburzeni

Piotr Gursztyn
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Jędrzej Bielecki
Marsz polskich "oburzonych" to tylko teatrzyk. Prawdziwi oburzeni nawet nie wiedzą, że ktoś protestuje w ich imieniu – twierdzi publicysta "Rzeczpospolitej".
Hasło okupacji Wall Street zmobilizowało tysiące demonstrantów w 82 krajach świata. Od USA do Arabii Saudyjskiej. Także w Polsce w minioną sobotę zebrało się kilkuset demonstrantów. W proteście przeciw wielkiej finansjerze, bankom, niedoborowi demokracji. Najogólniej: przeciw establishmentowi.
Zostawmy Amerykę i Arabię Saudyjską. Ale kto i przeciw komu oraz czemu protestuje w Polsce? I co chce okupować?

Demonstrant  w jaguarze

Protest zorganizowała grupa młodych ludzi ze społecznego liceum w Warszawie. Takiego, gdzie za naukę płaci się czesne i które chwali się tym, że jego uczniowie bez trudu dostają się na studia na państwowe uczelnie (czyli te lepsze i na dodatek bezpłatne). Ich inicjatywę promowały media, które trudno uznać za antyestablishmentowe. I dziennikarze – zwłaszcza Jacek Żakowski, którego też nie da się nazwać antysystemowym.
Pod protest próbował się podczepić Ryszard Kalisz, potencjalny przywódca SLD. Także posłowie Ruchu Poparcia Palikota – ugrupowania, które chce się przedstawić jako prawdziwy antyestablishment i jedyna oryginalna lewica. Zabawne zresztą było to, że ktoś z demonstrantów przeganiał Kalisza z pochodu, wypominając mu jeżdżenie luksusowym jaguarem.
Niby szczegół, ale pokazujący to, że dwaj główni pretendenci do przywództwa na lewicy są ludźmi bardzo bogatymi. Na dodatek ich dzieje – a także historia lewicy w całej III RP – to zapis symbiozy z finansjerą, bankami, wielkim biznesem. Dotyczy to też mediów – ze szczególnym uwzględnieniem koncernu Agora – które rozczulają się nad młodymi ideowcami z dobrych i zamożnych warszawskich rodzin. Werbalnej akceptacji dla ich antyestablishmentowych haseł towarzyszy to, że akurat ten koncern jest ucieleśnieniem establishmentu w Polsce.

Układ = system

Polski paradoks polega na tym, że na marginesie są konserwatywna prawica i jej elektorat. To Jarosław Kaczyński chciał wywracać stolik i walczyć z "układem". Owo słowo "układ" to nic innego jak słynny "system", z którym walczą alterglobaliści. Jest jednocześnie jasne, że między młodzieżą z liceum Kuronia a PiS (nawet jego młodzieżówką) istnieje ideologiczna i estetyczna przepaść.
Więc licealiści skopiują kilka haseł z Wall Street czy Madrytu, a ludzie Kaczyńskiego w każdą rocznicę 10 kwietnia pójdą z własnymi sloganami. Choć w tym miejscu nie sposób zauważyć, że manifestanci w sobotę w kilku punktach mówili o PiS i Kaczyńskim.
Ten opis oczywiście nie oznacza, że w Polsce nie ma masy młodych ludzi, których da się wpisać w grupę tzw. oburzonych. Rzecz w tym, że oni nawet nie wiedzą o tym ruchu. Chodzi o absolwentów gorszych liceów, którzy potem są skazani na płatne studia na prywatnych uczelniach. A następnie na pracę niezgodną z ich formalnym wykształceniem. To oni pracują na śmieciowych umowach (które oczywiście są ogromnym problemem) i to oni nie mają szans na kredyt hipoteczny. Jednak z jakichś powodów nie uczestniczą w marszach oburzonych.

Kalka z Zachodu

To dowód na to, że inicjatywa jest zwykłą kalką. Niewiele więcej niż modą. To kolejny przykład częstego w krajach peryferyjnych politycznego kultu cargo. Bezkrytycznej wiary w to, że trzeba przenosić na własny grunt idee i działania z cywilizacyjnej metropolii. Tak jednak się składa, że czas i możliwości tego, aby śledzić najnowsze trendy mają ludzie uprzywilejowani. A nie ci naprawdę oburzeni.
Wróćmy do pytania, co w Polsce miałoby być okupowane? I przez kogo? Mieliśmy już w Polsce okupacje i blokady. Strajki okupacyjne dość często przeprowadzali pracownicy służby zdrowia. Blokady robiła Samoobrona. Ona była ruchem autentycznie oburzonych. Jednak większość społeczeństwa – nie tylko establishment – przyjmowała źle działania Samoobrony. Nie miała jednak poczucia groteski.
Hasła, transparenty, a przede wszystkim pochodzenie społeczne warszawskich "oburzonych" składają się na to, że mamy do czynienia z komedią. To nawet nie są dzieciaki bogatych rodziców bawiące się w rewolucję. To nasz odpowiednik papuaskich wyznawców kultu cargo wyplatających bambusowe makiety samolotów w nadziei, że dobre duchy ześlą im te wszystkie dobra, którymi dysponuje biały człowiek.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA