Literatura

Dla Gruzji idolem jest Europa Zachodnia

Claroscuro
Rozmowa z pisarzem Zazą Burczuladze o piętnie wojny, uchodźcach i wspomnienie o wizycie Lecha Kaczyńskiego w Gruzji
Jak głębokie piętno odcisnęła ostatnia wojna na pana ojczyźnie?
Zaza Burczuladze: Gruzja straciła trochę terytoriów i zyskała trochę uchodźców. Poza tym nic istotnego się nie zmieniło. W powojennej Gruzji lubię szczególnie jedną rzecz: teraz jest mniej wojskowego ględzenia. Co myślą dziś Gruzini o wojnie? Jak ją oceniają?
– Gruzini nie myślą dziś o wojnie i w ogóle jej nie oceniają. Dziś Gruzin może pamiętać tę wojnę jako zły sen. Zły, ale bardzo krótki. Ta wojna przypominała bardziej jakąś reklamę kiepskiej jakości niż prawdziwą wojnę. Gdyby czytelnik chciał czerpać wiedzę z pana powieści, to wydawałoby mu się, że żadnej wojny z Rosją właściwie nie było (no, w każdym razie nikogo ona nie interesowała), a Lech Kaczyński zginął podczas wizyty u Saakaszwilego. Skąd taka interpretacja? Kiedy Saakaszwili i Kaczyński zbliżali się do granicy z Południową Osetią, gruzińska telewizja oświadczyła, że jacyś snajperzy strzelają do delegacji i że jeden z ochroniarzy ocalił obydwu prezydentów. Sądzę, że cała ta sytuacja była ustawiona, że to była propaganda. Więc wymyśliłem własną scenę, w której Czeczeni atakują konwój i porywają Kaczyńskiego. Kim w Gruzji jest dziś Lech Kaczyński? Kaczyński był przyjacielem Saakaszwilego. Gruzińska telewizja zrobiła z niego kogoś w rodzaju superbohatera naszej współczesnej mitologii, a nawet kogoś na miarę mesjasza. Gruzja jest traktowana u nas jako kraj, do którego nam bliżej niż do wielu partnerów z Unii Europejskiej. A jak postrzega się Polskę w Gruzji? Szczerze mówiąc, wasi partnerzy z Unii Europejskiej są tutaj bardziej cenieni niż Polska. To dlatego, że my, Gruzini, jesteśmy snobami i ambitnymi głupcami. Zachodnia Europa, znacznie bardziej rozwinięta ekonomicznie, jest tutaj czymś w rodzaju idola. Wolimy cudowne kraje i nie chcemy być porównywani z kimś takim jak my sami. Czy Gruzja to tylko podróbka, „adibas" Zachodu? Dlaczego pan tak uważa? Nie jest jasne, do czego Gruzja aspiruje. Trudno zrozumieć ambicje tego kraju, trudno też powiedzieć, czy wszystko jest tu tylko podróbką czy jest w tym też coś autentycznego. Dziś ogólnie nie da się określić, co jest autentyczne, a co fałszywe, żyjemy w epoce totalnego fałszerstwa. Skąd wziął się pomysł, żeby Eduarda Szewardnadze przedstawić nie jako byłego prezydenta, a jako odpowiednika Biga Lebowskiego z filmu braci Cohen. Big Lebowski, cokolwiek by na siebie włożył, jest wciąż wariatem zamkniętym we własnym zamku, nawet jeśli mógłby wyglądać na osobę godną szacunku. Odwiedziłem kiedyś Szewardnadze osobiście. Z jednej strony jest wzruszający, z drugiej strony niewiele się zmienił. Wciąż jest takim samym łajdakiem jak dawniej. Wykorzystałem w „Adibasie" jedną z historii, które mi opowiedział. Tbilisi nazwał pan z kolei fake city (fałszywym miastem – przyp. K.C.). Na czym ten fałsz pańskim zdaniem polega? Tbilisi udaje, że jest otwartym, tolerancyjnym miastem, ale w rzeczywistości to zamknięty świat, szczególnie dla tych, którzy nie są stąd (wyłączając mesjaszów i superbohaterów). W Tbilisi jest irańska ambasada niedaleko ambasady rosyjskiej. Fasada tego budynku to zwykły mur, bez żadnych ornamentów. Jedyna rzecz, której brakuje w tym budynku, to okna. Tbilisi jest dokładnie jak ta ambasada. Nie spogląda na zewnątrz, tylko wewnątrz siebie. Nie jesteśmy ani Azjatami, ani Europejczykami. Tkwimy gdzieś pośrodku. Bohaterowie „Adibasa" przypominają mi nowych Ruskich. Młode pokolenie Gruzinów interesuje się – jeśli wierzyć temu, co pan napisał – tylko narkotykami, seksem i markowymi ciuchami. Czy to prawdziwy portret tego pokolenia, a jeśli tak, to skąd ten nihilizm i konsumpcjonizm? Jak bardzo krytyczny bym był wobec Gruzinów, nigdy nie porównałbym ich z nowymi Ruskimi. Gruzin nie może być nowym Ruskim, ponieważ rząd stara się uczynić z kraju Nowy Wspaniały Świat. Gruzja wychowuje patriotów. Ale pomimo starań rządu wielu młodych ludzi to nihiliści zapatrzeni w Zachód – to jedyna możliwość opozycji wobec patriotyzmu. Pańska proza przywodzi na myśl książki dwóch postmodernistów: Chucka Palahniuka i Wiktora Pielewina. Czy oni pana inspirowali? Tak, książki obydwu tych pisarzy są dla mnie inspiracją, szczególnie „Podziemny krąg" Palahniuka i „Mały palec Buddy" Pielewina. Ale najważniejszą rolę odegrały – w wypadku „Adibasa" – dwie inne postaci: rosyjski awangardzista Pavel Pepperstein i Bret Easton Ellis, szczególnie „American Psycho". Oczywiście to nie były jedyne inspiracje. Chciałem, żeby moja powieść była nasycona odniesieniami do wielu pisarzy, wielu kultur. Pielewin obśmiewał w „Generation »P«" ideę rosyjską – bohater tej powieści miał na ten temat napisać reklamę na jedną stronę maszynopisu. A czy istnieje coś takiego jak idea gruzińska? Gruzińska idea polega na tym, że my, Gruzini, ciągle czekamy na mesjasza. Ten mesjasz powinien zresztą pochodzić spoza kraju. Nie może się urodzić w Gruzji, bo nie byłby zdolny do wielkich czynów. Dlatego też ten, kto się do nas uśmiechnie, od razu staje się naszym bohaterem narodowym – nieważne czy będzie Sharon Stone, czy Lechem Kaczyńskim. Co jest kwintesencją gruzińskości? Być Gruzinem to znaczy nic nie robić. Gruzin to taki człowiek, który czeka, aż ktoś inny wszystko za niego zrobi. Najpierw czekaliśmy aż wszystko będą robić za nas Rosjanie, potem liczyliśmy na Stany Zjednoczone, dziś na Unię Europejską. Gruzin zawsze tęskni za innymi krajami i myśli, że gdyby tam się urodził, to byłoby mu znacznie lepiej, łatwiej. Gruzja – dla samych Gruzinów – jest czymś w rodzaju czyśćca: nie jest piekłem, ale też daleko jej do nieba. To miejsce, w którym się ciągle na coś czeka. „Pokaż mi swojego iPada, a powiem ci, kim jesteś". Czy status społeczny wyznacza dziś lista plików na iPadzie? Oczywiście, że tak jest, przynajmniej wśród tych, których stać na iPada. Gruzja nie jest wyjątkiem. Bogactwo materialne z reguły determinuje status społeczny. To fasada, a nie zawartość determinuje cenę. Lista plików na iPadzie jest takim samym akcesorium jak sam iPad. W tym wypadku fasada i zawartość są takie same. W powieści Anatolija Marienhofa „Cynicy", jak w „Adibasie", groza wojny wciska się między zwykłe życie w formie migawek, depesz. W obu wypadkach powieściowych bohaterów wojna właściwie nie dotyczy. Myślę, że ironia jest jedyną rzeczą, którą można przeciwstawić wojnie. Dziś wojna stała się artykułem masowej konsumpcji. Pamiętam, gdy relacjonowano na żywo bombardowanie Bagdadu w telewizji. Bombardowanie to – co wykorzystałem w „Adibasie" – było przerywane reklamami tamponów. Bohaterowie mojej powieści traktują wojnę tak, jakby mieli do czynienia z tamponem. Jest ona czymś tymczasowym, ale koniecznym. Zaza Burczuladze (ur. 1973), pisarz gruziński, autor m.in. powieści „Adibas" (Wydawnictwo Claroscuro), w której opisał Gruzję w czasie wojny z Rosją z perspektywy nowobogackiej młodzieży, bardziej interesującej się iPadami niż ojczyzną.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL