Teatr

Patrycja Ziółkowska ozdobą aktorskiego tercetu w "Fauście"

Salzburger Festspiele
Fascynująca Patrycja Ziółkowska jest ozdobą aktorskiego tercetu w "Fauście", arcydziele niemieckiego dramatu
Czy możemy sobie wyobrazić Niemca grającego po polsku Konrada w "Dziadach" Mickiewicza? Jeśli nie, tym bardziej warto docenić sukces Patrycji Ziółkowskiej w nowej inscenizacji "Fausta". Najważniejszej od lat, zrealizowanej wspólnie przez festiwal w Salzburgu i Thalia Theater w Hamburgu.
Ma 32 lata, wyraziste oczy i niski głos zapadający w pamięć. Osiągnęła więcej niż wszystkie inne polskie kandydatki na gwiazdy, usiłujące zrobić karierę w świecie. Może pozornie jej było łatwiej. Wyjechała z Polski z rodzicami tuż przed stanem wojennym. W Niemczech chodziła do szkoły, ale rodzice dbali też o jej polską edukację. Studiowała w szkole aktorskiej w Bochum, jednak na początku drogi zawodowej słyszała wciąż, że ma wschodnioeuropejski akcent. Zobacz galerię zdjęć
Gdy podczas spotkań z realizatorami wychodziło na jaw, że pochodzi z Polski, proponowano jej role sprzątaczek lub opiekunek do dziecka. Przyjęła kilka takich ofert i szybko schroniła się w teatrze. Przez prawie dziesięć lat wędrowała po scenach: Hannover, Schauspielhaus w Hamburgu, potem już prestiżowy adres w Niemczech – Schaubühne w Berlinie, który zamieniła następnie na Bonn i Kolonię. Od dwóch sezonów jest w zespole Thalia Theater w Hamburgu. Coraz ważniejsze były też role: Joanna d'Arc w dramacie Schillera, Polly w "Operze za trzy grosze" Brechta, Ellida Wangel w "Kobiecie z morza" Ibsena. Stworzyła kilka ciekawych kreacji w kinie, zwłaszcza w "Na krawędzi nieba" Faitha Akimo, ale film ciągle nie w pełni wykorzystał jej talent. Znacznie lepiej wiedzie się jej w teatrze. Jest indywidualnością, co udowadnia w "Fauście". Ten maraton teatralny, oparty na obu częściach dramatu  Goethego, przygotował Nicolas Stemann. Trwa od ośmiu do dziewięciu godzin, w zależności, jak aktorzy poprowadzą poszczególne sceny. Kim jest w spektaklu Patrycja Ziółkowska? Oczywiście Małgorzatą, którą za podszeptem Mefistofelesa uwiódł Faust, choć to tylko część prawdy. Z pierwszej, najbardziej znanej części tekstu Goethego reżyser stworzył właściwie monodramy bohaterów. Po Sebastianie Rudolphie (Faust) i Philippie Hochmairze (Mefisto) w trzeciej godzinie pojawia się Patrycja Ziółkowska i przez następne kilkadziesiąt minut przejmuje scenę w absolutne władanie. Najpierw jest zmysłową i kuszącą Wiedźmą, która wyczarowuje obraz niewinnej Małgorzaty. Za chwilę przemienia się w tę dziewczynę, ale zarazem i w jej sąsiadkę Martę, która radzi przyjąć klejnoty podrzucone przez Fausta. Najbardziej przejmująca jest jednak w finale, gdy jako Walenty przeklina Małgorzatę-dziwkę i jako szatan przeszkadza sobie samej w modlitwie. Na pustej scenie aktorzy wyczarowują widzom świat, nie ten zewnętrzny, z wartkimi zdarzeniami, ale kryjący się wewnątrz każdego człowieka. Reżyser nie każe im wcielać się w kolejne postaci, lecz dotrzeć do sedna ich emocji. Trójka wykonawców w kolejnych scenach nie przebiera się, nie zmienia nawet tembru głosu, a jednak każdy jest ciągle inny i prawdziwy. W drugiej, rzadko inscenizowanej części "Fausta" Patrycja Ziółkowska zmienia się w mitologiczną piękną Helenę, którą poślubia Faust. – W niemiecki teatr wchodzi się z kopyta, ostro; staramy się zrozumieć życie w jego najbardziej skomplikowanych sytuacjach – mówiła Patrycja Ziółkowska cztery lata temu w wywiadzie dla "Rz", pierwszym, jakiego udzieliła polskiej prasie. Dziś po kreacji w "Fauście" widać, że ten rodzaj ostrej gry bardzo jej odpowiada. Kiedyś na studiach jeździła z kolegami pociągami, by wyskakiwać z nich w pełnym pędzie. Skłonność do ryzyka pozostała, doszła perfekcja warsztatu – i to połączenie sprawia, że Patrycja Ziółkowska jest aktorką, która ma odwagę zagrać wszystko. Jacek Marczyński z Salzburga
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL