fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Amerykańscy piloci zasługąją na pomnik

Wikipedia
Nad Blachownią Niemcy zestrzelili 220 amerykańskich maszyn. Z płonącego bombowca trudno było zeskoczyć na spadochronie, więc większość lotników ginęła – mówi historyk II wojny światowej Adamowi Tycnerowi
W Kędzierzynie-Koźlu trwa spór o pomnik amerykańskich lotników, którzy w 1944 roku zginęli, bombardując tamtejsze zakłady chemiczne. Dlaczego Amerykanom tak zależało na zniszczeniu tych zakładów?
Alfred Konieczny: W czasie wojny głównym źródłem ropy dla niemieckiej gospodarki i czołgów były rumuńskie pola naftowe, a warto pamiętać, że Rumunia była przed wojną jednym z największych eksporterów ropy na świecie. W pierwszej połowie 1944 roku kraj ten był już zajęty przez Sowietów, zaczęły się więc poważne problemy Niemiec z dostawami ropy. III Rzesza ratowała się, wytwarzając benzynę z węgla, i zakład produkujący taką właśnie syntetyczną benzynę stał w Blachowni Śląskiej, która była wsią leżącą na terenie Niemiec, a dziś jest dzielnicą Kędzierzyna-Koźla. Dla Amerykanów zakłady w Blachowni były celem strategicznym podobnie jak wszystkie inne niemieckie zakłady produkujące benzynę syntetyczną. Pozbawienie Niemców paliwa miało przyspieszyć zakończenie wojny. Jednak Amerykanom bombardowania nie wychodziły najlepiej. Tylko jedna trzecia bomb trafiała w zakłady, reszta czasem spadała również na domy. Z tego powodu podobno część mieszkańców jest przeciwna pomnikowi.
Po każdym nalocie współpracujące z Amerykanami miejscowe oddziały NSZ i AK oceniały liczbę ofiar. Te meldunki się zachowały i jest w nich mowa o „znacznej liczbie ofiar" nalotów. Każde bombardowanie, a od lipca do grudnia 1944 roku było ich 15, powodowało śmierć od kilku do kilkudziesięciu cywilów. Należy jednak pamiętać, że zakłady w Blachowni były bardzo dobrze osłaniane przez niemiecką obronę przeciwlotniczą. Żeby zatem uniknąć ogromnych strat wśród lotników, trzeba było je bombardować z wyjątkowo wysokiego pułapu 7 kilometrów. Używając ówczesnych celowników bombowych, po prostu nie dało się uzyskać większej precyzyjności. Ten obszar leżał w granicach Rzeszy i przeważała na nim ludność niemiecka. Może z tego powodu Amerykanie przywiązywali mniejszą wagę do precyzji bombardowań? Zamiarem Amerykanów z pewnością nie było zrzucanie bomb na cywilów. Na Śląsku w ogóle nie ma żadnego potwierdzonego przypadku alianckiego bombardowania, którego celem były domy mieszkalne. Wszystkie cywilne ofiary były wynikiem niedoskonałości sprzętu. Nie było sposobu, żeby ograniczyć liczbę ofiar wśród okolicznej ludności? Nie sądzę. To był wówczas bardzo gęsto zaludniony teren. W latach 40. nie dało się tego typu operacji prowadzić inaczej. Lepszą celność można było uzyskać, lecąc niżej, ale obniżenie pułapu musiałoby się skończyć masakrą eskadr bombowych. To był oczywiście tragiczny dylemat, czy zmniejszyć liczbę ofiar cywilnych, zwiększając straty wśród żołnierzy, ale chyba nikt nie może mieć do amerykańskiego dowództwa pretensji o chronienie życia własnych żołnierzy. W 1944 roku już raczej nic nie było w stanie zatrzymać Sowietów. Czy te naloty były zatem rzeczywiście niezbędne? Przyspieszyły zakończenie wojny? Nie udało się wprawdzie całkiem zniszczyć zakładów, ale po każdym nalocie produkcja benzyny ustawała na co najmniej kilka dni. Nie da się oczywiście ocenić, czy te konkretne bombardowania przyspieszyły zakończenie wojny, a jeśli tak, to o ile. Nie można jednak wyjmować bombardowań Blachowni z szerokiego kontekstu działań wojennych aliantów. Wielka operacja niszczenia niemieckich zakładów produkujących benzynę syntetyczną odniosła skutek. Niedobory benzyny były pod koniec wojny jednym z głównych problemów Wehrmachtu. Nie można pamięci o amerykańskich lotnikach przeciwstawiać pamięci o  cywilnych ofiarach ani zapominać o winie Niemców, którzy wszczęli tę wojnę Czy wobec tego amerykańskim lotnikom, którzy zginęli, bombardując Blachownię, należy się pomnik? Z pewnością. Te naloty były tragiczne nie tylko dla okolicznej ludności, ale także dla załóg amerykańskich samolotów. Tylko podczas jednego bombardowania 7 lipca 1944 roku amerykańska 15. Armia Powietrzna straciła 25 maszyn, łącznie strącono ich nad Blachownią 220. Z trafionego przez działo przeciwlotnicze bombowca trudno było zeskoczyć na spadochronie, więc większość członków załogi ginęła w eksplodującym albo rozbijającym się o ziemię samolocie. Inicjatorzy budowy pomnika podają liczbę 135 amerykańskich żołnierzy, którzy zginęli nad Blachownią. Ci przeważnie młodzi lotnicy polegli w walce przeciwko nazistowskim Niemcom i to również im zawdzięczamy klęskę III Rzeszy. Nie można pamięci o Amerykanach przeciwstawiać pamięci o  cywilnych ofiarach ani zapominać o winie Niemców, którzy wszczęli tę wojnę. Postawienie pomnika lotnikom nie oznacza przecież, że mamy zapomnieć o cierpieniach okolicznej ludności, która ginęła od bomb. Alfred Konieczny jest historykiem, profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego w stanie spoczynku. W latach 1993 – 2004 był dyrektorem Instytutu Historii Państwa i Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego. Autor wielu publikacji o II wojnie światowej i niemieckiej okupacji na Śląsku, w tym książki „Śląsk a wojna powietrzna lat 1940 – 1944"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA