Styl życia

Sałata w prenumeracie

AP
W zimie płacisz, wiosną, latem i jesienią odbierasz. Świeże warzywa, owoce, nabiał. Tak działa niemal trzy tysiące amerykańskich farm, w których udziały w plonach wykupują okoliczni mieszkańcy
Kabaczki‚ cukinie‚ bakłażany‚ fasola‚ cztery odmiany pomidorów‚ trzy rodzaje sałaty‚ cztery gatunki bazylii - w sumie około 15 kilo warzyw w pudłach i wiklinowych koszach przywiozłam właśnie z oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od Nowego Jorku farmy. Moja miejska kuchnia wypełnia się magicznym zapachem późnego lata: wonią ziół‚ pomidorów‚ rozgrzanej ziemi i wiatru. Dzielę wszystko na porcje -dwa kartony zaniosę zaraz do sąsiadek‚ z którymi wspólnie wykupiłyśmy w tym roku udział w farmie Cherry Grove.
Niewielkie położone w New Jersey gospodarstwo od 12 lat prowadzi Matt Conver. Nasz udział to coś w rodzaju prenumeraty: w zimie wysłałyśmy czek na 545 dolarów‚ w zamian‚ od czerwca do listopada‚ Conver dzieli się z nami swymi plonami. Cherry Grove jest jedną z blisko 3 tys. amerykańskich farm‚ które biorą udział w programie CSA (Community Supported Agriculture - rolnictwo wspierane przez wspólnotę lokalną). Idea narodziła się w latach 70. w Japonii. Grupa kobiet założyła taikei (po japońsku "przywrócić żywności twarz farmera"). Zaczęły po jedzenie jeździć do okolicznych gospodarstw, zamiast kupować importowane, w supermarketach. Mieszkająca na drugim końcu świata Robyn Van En o taikei nie miała pojęcia. Ale jako właścicielka niewielkiej farmy w stanie Massachusetts także była zaniepokojona ekspansją wielkiego agrobiznesu i złą jakością jedzenia z supermarketu. Latem 1986 roku Van En zaprosiła do swojego sadu sąsiadów - mogli kupować jabłka oraz wyrabiany z nich w domu cydr i ocet. Rok później‚ zachęcona sukcesem, zaczęła sprzedawać inne warzywa i owoce. Przez ponad 20 lat w Stanach tego typu przedsięwzięcia - podejmowane najczęściej w Kalifornii i Nowej Anglii -uważano za nieszkodliwe zawracanie głowy. Dziś CSA to ruch świetnie zorganizowany‚ ale niesformalizowany. Istnieją wprawdzie reguły dotyczące organicznej produkcji: -Wykaz tego, co nam wolno, a czego nie przypomina książkę telefoniczną - śmieje się pracująca w Cherry Grove Mary Stuehler. Poza tym jednak panuje duża dowolność. W New Jersey‚ stanie nazywanym ogrodem Ameryki‚ ze względu nawilgoć i upały‚ uprawa owoców bez chemii jest prawie niemożliwa. Tutejsi organiczni farmerzy koncentrują się zatem na warzywach; winnych częściach kraju farmy oferują owoce‚ mięso‚ jajka czy nabiał. Cherry Grove jest małą farmą (w tym roku sprzedano 165 udziałów) i taką chce pozostać. Choć lista oczekujących na udział jest spora‚ Conver nie planuje zwiększenia produkcji. Ale nieopodal, w Honeybrook‚ na jednej z największych farm CSA w USA zaopatrywało się tego lata blisko 3 tys. rodzin. Niektórzy właściciele swoje plony w kartonowych pudłach dowożą bezpośrednio do domów. Inni - zwłaszcza w okolicy dużych miast - dostarczają je do jakiegoś punktu zbornego‚ kościoła czy szkoły‚ skąd udziałowcy je odbierają. Najczęściej jednak raz w tygodniu samemu jeździ się na farmę i samodzielnie na polu zbiera przynajmniej część plonów. Na niektórych farmach panuje prawdziwa demokracja: w Husana Valley po przeprowadzeniu ankiet znikła uprawa brukselki; w Honeybrook zasadzono więcej kartofli. Farmerzy‚ którzy sondaży nie lubią‚ często stawiają na edukację: oferując mniej popularne czy znane warzywa‚ dostarczają cennych wskazówek i pomysłów na potrawy z ich wykorzystaniem. Entuzjastom CSA przyświeca wspólna myśl: chodzi o to‚ by na talerze trafiała zdrowa i smaczna żywność. Wielki agrobiznes stawia na odmiany mało ryzykowne - odporne na mróz czy susze‚ łatwe do przechowywania i transportowania. Farmer‚ któremu lokalni odbiorcy z góry zapewnili dochód‚ może poeksperymentować z odmianami bardziej kapryśnymi. Oczywiście dla wielu ceniących wolny wybór Amerykanów perspektywa odbierania pudełka, w którym znajdzie się to‚ co akurat w danym tygodniu się urodzi, jest problematyczna. Nie każdego zachwycają tony jarmużu w czerwcu i brak pomidorów do końca lipca. Na lokalnej farmie za organiczne produkty płaci się jednak ułamek tego, co w ekskluzywnym ekomarkecie. Korzystają nie tylko konsumenci‚ ale także środowisko i sami farmerzy. - Czujemy się częścią lokalnej wspólnoty i jest to wspaniałe uczucie - mówi Mary Stuehler. -Ludzie‚ którym dostarczamy żywność‚ znają nas. Są z nami na dobre i na złe.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL