Kultura

Herr Grass, na kolana!

Fotorzepa, Jak Jakub Dobrzyński
To, że Günter Grass w stosownej chwili nie stanął na rynku i nie krzyczał na cały świat, że był szesnastoletnim gówniarzem z SS, w niczym nie zmienia faktu, że po wojnie pisał mądre i trafne rzeczy o innych ludziach, którzy mieli podobne co on grzechy na sumieniu - pisze prozaik i krytyk literacki
Powiedzmy od razu, by zachować właściwe proporcje. My wszyscy, Polacy i Niemcy, od jakiegoś czasu wściekle atakujący i broniący Grassa, nie dorastamy Grassowi nawet do pięt. Niech mi będą wybaczone te słowa, piszę je bez złej intencji, ale niestety tak się rzeczy po prosu mają. Bo on, Grass, ma na swoim koncie pewien "drobiazg", o którym nie wszyscy zdajemy się pamiętać: stworzył przynajmniej jedno arcydzieło światowej klasy.
I za to, że stworzył arcydzieło światowej klasy, należy mu się cześć i podziw Niemców, Polaków, Żydów, Rosjan oraz mieszkańców innych krain. Bez względu na to, kim Grass był i kim jest obecnie. To, że był szesnastoletnim gówniarzem z SS i przez lata nie rozgłaszał publicznie tej sprawy, nie zmienia mojego podziwu dla "Blaszanego bębenka" nawet o milimetr. I to jest istota sprawy. Bo po większości z nas, zażarcie atakujących i broniących dzisiaj Grassa, nie zostanie na powierzchni Ziemi nawet ślad, a "Blaszany bębenek" przetrwa i będzie świecił, jak myślę, jeszcze długo w ciemnościach ludzkiego świata jak ta latarnia morska na polskim Helu. Dodam też, że arcydzieło Grassa jest także dość istotnym wkładem w polskie dziedzictwo narodowe. Dzisiaj na Grassa z przyczyn trywialnie politycznych wściekle rzucają się niektórzy ludzie z dawnej solidarnościowej opozycji, którzy - chętnie to przypomnę - wychowali się (oto piękny polski paradoks) właśnie na Grassie. Bo to przecież my wszyscy - no, może prawie wszyscy, bo myślę o ludziach z mojego pokolenia - zaczytywaliśmy się w podziemnym wydaniu "Blaszanego bębenka". I na tym właśnie zakazanym przez komunistów dziele uczyliśmy się swobody wyobraźni, odwagi myślenia oraz krytycyzmu wobec wszelkich totalitaryzmów i autorytaryzmów. Dzisiaj niektórzy z nas panicznie chcą o tym zapomnieć jak o wstydliwej chorobie z lat młodości. Jeśli zaś o mnie chodzi, wcale mi nie zależy na tym, żeby Grass mnie, Polaka, przepraszał za to, że był szesnastoletnim gówniarzem z SS i nie rozgłaszał tej sprawy przez wiele lat. Do niczego mi takie przeprosiny nie są potrzebne. Wcale nie zależy mi też na tym, żeby Grass ukorzył się przede mną i Polakiem Zdzisławem Krasnodębskim (autorem tekstu "Mit Gdańska, mit Grassa", "Rzeczpospolita", 4 października 2007 - red.) i prosił mnie oraz Polaka Zdzisława Krasnodębskiego o przebaczenie.Tak jak nic mnie nie obchodzi "dziadek z Wehrmachtu", którego postacią, wyzierającą z kart tragicznej historii Pomorza, Zdzisław Krasnodębski nas straszy. Gdyby ojciec Zdzisława Krasnodębskiego był w latach 40. Kaszubą w Gdańsku, prawdopodobnie zostałby - ośmielę się przypuszczać - "ojcem z Wehrmachtu", tak jak to się na Kaszubach nieraz w tamtych czasach zdarzało. Ciekawe, czy gdyby w rodzinie Zdzisława Krasnodębskiego doszło nieszczęśliwie do takiego zdarzenia, wzywałby równie energicznie, jak to czyni obecnie, by politycy polscy - szczególnie Donald Tusk - detalicznie wytłumaczyli się ze swoich ojców i dziadków do siódmego pokolenia wstecz, żeby wszystko było jak to się dzisiaj mówi narodowo transparentne. Na Kaszubach wielu mężczyzn zostało siłą wcielonych do Wehrmachtu i do dziś boleją oni nad tą sprawą, z której Zdzisław Krasnodębski kręci bicz na Donalda Tuska. Mało kto w Polsce wie, że jednego dziadka Tuska Niemcy wzięli do Wehrmachtu, a drugiego, po mieczu, Józefa Tuska już 2 września 1939 roku - prosto do obozu koncentracyjnego. Takie to były losy rodzin kaszubskich, które ciekawie niedawno opisała w swojej książce "Dziadek z Wehrmachtu" gdańska dziennikarka Barbara Szczepuła. Zdzisław Krasnodębski, jak wielu prawdziwych Polaków, kocha sytuację, w której człowiek publicznie wyznaje swoje grzechy (także grzechy swoich ojców i dziadków), kaja się przed ludem i kornie przeprasza. Zarzuca Grassowi, że takiego obrzędu nie dopełnił w stosownym czasie. Powiem od razu: nigdy nie wzbudzały mojego zachwytu tego rodzaju obrzędy publicznej skruchy i nigdy nikogo nie wzywałem do takich zachowań. Może dlatego, że dobrze pamiętam lata 50. ubiegłego wieku i słynne wezwania do samokrytyki. Dużo bardziej od ludzi, którzy zrobili w młodości niedobre rzeczy, ale potrafili się zmienić, boję się ludzi, którzy są spragnieni tego rodzaju widowisk. To bowiem widowiska, które wyzwalają w narodzie bardzo paskudne emocje. I nie wierzę, że ujawniana w ten sposób prawda kogokolwiek z czegokolwiek wyzwoli. Publiczność tego rodzaju widowisk dość często myli bowiem niestety spokojną radość ze skruchy grzesznika z mściwą przyjemnością strącenia drugiego człowieka w poniżenie i wstyd albo z czułą satysfakcją z przydeptania politycznego czy intelektualnego konkurenta obcasem do ziemi. Różne słodkie jady ma w sobie rozkosz publicznego lustrowania, szczególnie lustrowania ludzi wybitnych, którzy nas przerastają talentem. Strącenie kogoś utalentowanego w poniżenie i wstyd cieszy nierzadko także zwykłego prostego człowieka, znękanego codziennym życiem i troskami. Politycy i publicyści, którzy taką rozkosz zwykłemu prostemu człowiekowi dostarczają, mogą liczyć zwykle na masowe poparcie ludu, chociaż nie jest pewne, czy powinni traktować to jako powód do dumy.Myślę, że Kościół katolicki jest w tym względzie dużo rozsądniejszy. Nikt w nim dzisiaj w nie wzywa nikogo do wyjścia na rynek i głośnego kajania się za grzechy. Od tego jest spowiedź douszna i tajemnica skruchy. To, że Grass w stosownej chwili nie stanął na rynku i nie krzyczał na cały świat, że był szesnastoletnim gówniarzem z SS, w niczym nie zmienia faktu, że po wojnie pisał mądre i trafne rzeczy o innych ludziach, którzy mieli podobne co on grzechy na sumieniu. Zdzisław Krasnodębski wolałby jednak, by Grass w stosownej chwili wyszedł na rynek w Monachium albo jeszcze lepiej w Krakowie i publicznie się pokajał. Dopiero wtedy przyznałby mu prawo do otwarcia ust.Powtórzę: dużo bardziej od ludzi, którzy w młodości zrobili niedobre rzeczy, ale umieli się zmienić, boję się ludzi, którzy mają kamienną głowę pełną państwowo-nacjonalnych dogmatów, ze spokojną satysfakcją lubią patrzeć na cudze kajanie się i dopiero po odpowiednim akcie publicznej skruchy gotowi są przyznać innym prawo głosu. Autorytet słowa - niech mi będzie wolno wyrazić taką opinię - buduje się nie na tym, kim się było lub nie było, tylko na tym, czy ma sens to, co mówimy i piszemy. A Grass, jak myślę, przez wiele lat o Niemcach i o nas pisał rzeczy sensowne. I tej sensowności niedobre jego milczenie na temat incydentu z młodych lat wcale nie przekreśla, chociaż Zdzisław Krasnodębski chętnie by go włączył do czarciego plemienia łże-elit i fałszywych autorytetów. Zdzisław Krasnodębski uważa Grassa za obłudnika, wroga papieża Jana Pawła II, konformistę, jednym słowem za podle niemoralną figurę, która długo milczała, a teraz kręci. Zdzisław Krasnodębski takich dosadnych określeń oczywiście w swoim tekście przezornie unika, ale sens jego ataku jest mniej więcej taki. Grass jest moralnie nieczysty i dlatego prawdziwi Polacy nie powinni fetować jego 80. urodzin. Czy Grass miał w swojej biografii podejrzane zakręty i niejasne zachowania? Kto ich w swojej biografii nie miał, niech pierwszy rzuci kamieniem. Wszyscy, jak uczy nas Kościół, jesteśmy grzesznikami, ale zamiast się cieszyć z nawrócenia grzesznika - choćby, niech już będzie, jak twierdzi Zdzisław Krasnodębski, nawrócenia spóźnionego i częściowego - co jakiś czas ktoś dzisiaj krzyczy u nas i w Niemczech w sprawiedliwym gniewie: "Za mało, Herr Grass! No, na kolana! Ukórz się bardziej! Przepraszaj nas! Powinieneś to zrobić już grubo wcześniej! No, na co czekasz, Grass?!". Piękne to zaiste słowa, sprawiedliwe i bardzo patriotyczne, zasługują z pewnością na pochwałę, ale ja się do takiego chóru nie przyłączam. Nie czuję zupełnie takiej potrzeby. Wbrew temu, co Zdzisław Krasnodębski pisze o ostatniej książce Grassa, która właśnie wyszła w Polsce pod tytułem "Przy obieraniu cebuli" i jest rodzajem publicznej spowiedzi pisarza z dawnych grzechów, uważam, że Grass napisał nie tylko książkę dość szczerą (ale czy istnieją książki absolutnie szczere? pokażcie mi taką), lecz także - co dla mnie ważniejsze - książkę mądrą. Ta książka naprawdę nieźle pokazuje, jak dusza kilku- i kilkunastoletniego chłopca niemieckiego wsiąkała w nazizm, nawet o tym nie wiedząc. Bo właśnie o tym ta książka jest. I ma ona też sens ogólniejszy, bo ujawnia mechanizmy wsiąkania młodych ludzi i w inne totalitaryzmy, na przykład w stalinizm. Ale Zdzisław Krasnodębski wolałby coś mocniejszego. Najlepiej, żeby to była polityczno-moralna deklaracja lojalności ogłoszona w prasie, radiu i telewizji, proste i surowe oświadczenie urzędowe obywatela Grassa, a nie jakaś tam literacka opowieść "krętacza". Jest to zresztą choroba większości Polaków i Niemców, którzy Grassa atakują. Chętnie widzą w nim polityka, a to jest - jako autor książki "Przy obieraniu cebuli" - przede wszystkim wielki pisarz, który napisał dobrą i ważną książkę. Kto nie wyczuwa różnicy, nie powinien o Grassie pisać. Tymczasem Zdzisław Krasnodębski chce zrobić z bohatera jego książki - szesnastoletniego gówniarza wciągniętego w rozmaite grozy i słodkości nazizmu - zażartego polityka, a nawet ideologicznego wyznawcę programu SS. No, to są po prostu głupstwa. Ta książka nieźle pokazuje, jakim diabelskim draństwem był nazizm i co potrafił zrobić z duszą niemieckiego dziecka i chłopca. Zdzisław Krasnodębski drwi, że szesnastoletni Grass podobno przejrzał na oczy dopiero w amerykańskiej niewoli. Jest to drwina pozbawiona sensu. Psychologiczne zagadki wsiąkania w nazizm i wychodzenia z nazizmu to rzeczy bardziej złożone, niż chce Zdzisław Krasnodębski, i nie ma tu z czego drwić. Ja sam nigdy nie uważałem Grassa za anioła. Mówiłem na przykład w paru wywiadach o moralnej dwuznaczności powieści "Idąc rakiem", w której Grass rozczula się nad niemieckimi ofiarami katastrofy "Gustlofa", ale równocześnie nie wspomina o ewakuacji polskich więźniów Stutthofu, straszliwym marszu śmierci, który odbywał się w styczniu 1945 roku niemal w tych samych godzinach, co zatonięcie "Gustlofa", na zaśnieżonych drogach 30 kilometrów od miejsca katastrofy i skończył się tysiącami ofiar, ale na Boga, czy wszystkie powieści świata, jakie czytamy, powinny być moralne jak dusza państwowotwórczej przedszkolanki z IV RP? Dobry Boże, gdyby kryteria, jakie Zdzisław Krasnodębski stosuje wobec Grassa, zastosować na przykład wobec Dantego, który jak wiadomo miał biografię okropną, to by z twórcy "Boskiej komedii" nic nie zostało. I nie byłoby zupełnie kogo fetować w Rzymie czy Florencji. Jeśli Grassa należy fetować w Polsce, to z powodu najprostszego: jest jednym z największych pisarzy współczesnej doby. Mnie to zupełnie wystarcza jako powód. Jeśli Zdzisławowi Krasnodębskiemu taki powód wydaje się zupełnie drugorzędny wobec tropienia moralnych skaz na sumieniu autora, trudno. Na koniec zaś kropla goryczy. Dla większości gdańszczan Grass jest dzisiaj, niestety "niemieckim pisarzem, który co jakiś czas przyjeżdża do Gdańska". Piszę to z prawdziwą przykrością, ale tak właśnie sprawy się mają. Uroczystości urodzinowe noblisty, przynajmniej niektóre, nie zgromadziły wcale wielkiej publiczności. Grass jest bliski żywej intelektualnie elicie gdańskich wykształciuchów, części studentów, pracowników nauki i licealistów, ale większość mieszkańców Gdańska wie o nim niewiele albo prawie nic. Chociaż może niezupełnie. Duża część gdańszczan od niedawna wie już bardzo dobrze, że Grass to podły człowiek, szwab, z którym trzymają "nieprawdziwi Polacy" z łże-elit oraz Donald Tusk i marszałek Senatu Borusewicz. Są w Gdańsku i w Polsce tacy, którzy wiele jeszcze zrobią, by taki obraz Grassa wrył się głęboko w dusze "zwykłych, prostych, prawdziwych ludzi", którzy wkrótce pójdą do urn wyborczych, by wrzucić kartki ze stosownym numerem. Dołączył do nich ostatnio także Zdzisław Krasnodębski.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL