fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Przeżyć, przeczytać, przemyśleć

Rzeczpospolita
Z Vincentem Casselem rozmawia Barbara Hollender
[b]Rz: Czy to prawda, że zaczął pan grać czarne charaktery, żeby uciec od wizerunku własnego ojca Jeana-Pierre’a Cassela?[/b]
[b]Zbliżenie - [link=http://www.rp.pl/temat/355194_Zblizenie.html]Czytaj więcej[/link][/b]
Vincent Cassel: Coś w tym jest, bo on lubił grywać lekkie role. Nazywano go nawet francuskim Fredem
Astaire’em. Nie chciałem pracować w jego cieniu, więc wybierałem najbardziej mroczne postacie, jakie mi proponowano. Mój brat reagował podobnie: został ostrym raperem.
[b]Różniło was z ojcem i to, że on w dramatycznych rolach występował u wielkich artystów: Renoira, Bunuela, Chabrola, Altmana, Loseya, tymczasem pan zawsze lubił współpracować z młodymi reżyserami.[/b]
Stale mnie upominał, że powinienem zostawić tych swoich debiutantów i zacząć grać u najlepszych. Strasznie mnie to denerwowało. Odpowiadałem mu, że „ci moi debiutanci” niedługo będą tak dobrzy, że będzie zabiegał, by go zatrudnili.
[b]Ta wiara w młodych artystów została panu do dziś. Ostatnio zagrał pan w dwuczęściowym filmie mało doświadczonego reżysera Jeana-Francois Richeta „Wróg publiczny numer jeden”. Ta opowieść o kryminaliście napadającym na banki i sklepy jubilerskie, porywającym ludzi, o mordercy, który w swojej autobiografii przyznał się do ponad 40 zbrodni – stała się we Francji wielkim przebojem kasowym. Młodzi ludzie zaczęli nosić T-shirty z podobizną Jacques’a Mesrine’a. Czy pana to trochę nie niepokoi?[/b]
Nie. Myśli pani, że sztuka może widzów zdeprawować? Kiedy byłem chłopakiem, w kinie bardziej od aniołów interesowały mnie wcielone diabły. Chciałem wiedzieć, jak to się dzieje, że człowiek się wykoleja. I wcale nie stałem się przez to bandytą. Poza tym w większości thrillerów złoczyńcy na końcu umierają. Kto więc chciałby iść w ich ślady?
[b]To co pana zainteresowało w postaci Mesrine’a?[/b]
Zawsze ciekawie jest robić film o bohaterze, który nie jest bohaterem, a Mesrine był skomplikowaną osobowością. Niejednoznaczną, pełną sprzeczności. Był showmanem, stworzył swój własny wizerunek i starał się do niego dorosnąć.
[b]Jak to możliwe, że stał się we Francji niemal bohaterem?[/b]
W stwierdzeniu, że Francuzi kochali Mesrine’a, jest sporo przesady. Cała masa ludzi bała się go i traktowała tak, jak na to zasługiwał: jak groźnego przestępcę. Ale rzeczywiście dla wielu, zwłaszcza pozbawionych perspektyw mieszkańców ubogich dzielnic, stał się niemal ikoną. Grał na nosie rządowi i policji, robił wszystko, na co miał ochotę. Wiedząc, że najdrobniejszy błąd może go zdradzić i kosztować życie, nie unikał ryzyka. Otoczony pięknymi kobietami, prowadził szalone życie. Nawet gdy trafiał do więzienia, uciekał z niego, udowadniając, jak słaby jest francuski system penitencjarny. Było w nim coś romantycznego i pociągającego. Dla ludzi duszących się wśród niemożności, stał się symbolem wolności. Takie postacie zawsze działają na wyobraźnię. Często do tego stopnia, że zapominamy, że to ludzie niebezpieczni.
[b]Mesrine miał w pewnym momencie pozycję taką, jaka dziś staje się udziałem największych celebrytów.[/b]
Tak, bo – jak jeszcze nikt w tamtym czasie – potrafił do budowania swojego wizerunku wykorzystywać media. Był gangsterem i bawił się tym. Wszyscy się za nim uganiali, cała policja go szukała, a on w tym czasie dawał olbrzymi wywiad dla „Paris Matcha”. Dla mediów był świetnym sensacyjnym tematem. Pracując nad filmami, starałem się uniknąć atmosfery skandalu. Nie chciałem z niego czynić przedmiotu adoracji. Był nawet moment, że zrezygnowałem z tej roli. Na początku, gdy za kamerą miał stanąć Barbet Schroeder, rozmawialiśmy sporo o filmie, a Barbet podekscytowany opowiadał: „Wiesz, i w tym momencie pojawiają się źli chłopcy...”. „Zaraz, zaraz – przerywałem mu. – Co to znaczy źli chłopcy?”. „No, policjanci” – odpowiadał. „Barbet, policjanci to stróże prawa – protestowałem. – Złym chłopcem jest Mesrine”. Nie mogliśmy się porozumieć. Barbet był jego bezkrytycznym fanem. Dlatego się wycofałem.
[b]Ale jednak pan wrócił.[/b]
Wróciłem, kiedy zrezygnował Schroeder, a w jego miejsce pojawił Jean-Francois Richet. Dostałem wtedy od producenta Thomasa Langmanna kolejną wersję scenariusza napisaną przez Abdela Roaufa Dafriego. To Francuz pochodzenia algierskiego, który nienawidził Mesrine’a za to, co wyrabiał w jego rodzinnym kraju, gdy jako żołnierz armii francuskiej trafił tam podczas wojny algierskiej. W tekście czuło się z jednej strony tę jego niechęć, a z drugiej – próbę zrozumienia, co tak bardzo ludzi w tym gangsterze fascynowało. To była mieszanka, o jaką mi chodziło. Powstała postać niejednoznaczna i pełna tajemnic. Chwilami ujmujący, pełen czaru dżentelmen, chwilami bestia. Widz nie może sobie natychmiast wyrobić na jego temat zdania. Musi pomyśleć, przeanalizować za i przeciw, zadać sobie kilka ważnych pytań.
[b]Krytycy porównywali „Wroga publicznego numer jeden” do „Chłopców z ferajny” i „Człowieka z blizną”.[/b]
Z punktu widzenia filmowego to bardzo nobilitujące porównanie. Ale proszę pamiętać, że Mesrine był postacią autentyczną. Kiedy widz sobie o tym pomyśli, inaczej odbierze film. Dla mnie, jako aktora, to było bardzo istotne. Przedarłem się przez stosy lektury, dotarłem do roczników starych czasopism i dzienników, rozmawiałem z ludźmi, którzy Mesrine’a znali. Nie zawsze mogę ujawnić ich nazwiska, bo woleli pozostać anonimowi, ale opowiedzieli mi o nim mnóstwo ciekawych rzeczy, których ani w prasie, ani w jego autobiografii znaleźć nie można.
[b]Pamięta pan dzień, w którym zginął Mesrine?[/b]
Doskonale. To stało się w biały dzień, na ulicy. Wychodził ze swoją dziewczyną z domu, gdy policja urządziła na niego zasadzkę. Mój młodszy brat chodził na zajęcia sportowe niedaleko miejsca, w którym Mesrine został zabity. Kiedyś wrócił do domu bardzo poruszony. Policjanci kazali przechodniom paść na ziemię. Brat usłyszał strzały, ludzie mówili, że zabity został jakiś słynny gangster. Włączyliśmy telewizor. Okazało się, że chodziło o Mesrine’a. W telewizji w prime time pokazywano wtedy absolutnie szokujące materiały. Z bliska można się było przyjrzeć zakrwawionemu ciału. Kompletny szok. Rodzaj zemsty za te wszystkie lata, kiedy wywodził w pole cały francuski wymiar sprawiedliwości.
[b]Przytył pan do tej roli 20 kilo.[/b]
Taka transformacja w kogoś innego jest dla aktora ogromnym wyzwaniem. Efekty widać na ekranie. Renée Zellweger jako Bridget Jones była znakomita, wychudzony Mark Forester stworzył niebywałą kreację w „Głodzie”. Charlize Theron pobrzydziła się i przytyła do filmu „Monster”, dostała potem za tę rolę Oscara.
Ja też nie miałem wątpliwości, czy zmienić sylwetkę dla Mesrine’a. Dziś nie żałuję, bo ten film dał mi wiele satysfakcji. Ale gwałtowne nabieranie i tracenie wagi nie wygląda tak łatwo jak na łamach kolorowych pism i na konferencjach prasowych po premierze filmu. To potworny szok dla organizmu. Piłem dwa razy dziennie koktajle, które były bombami kalorycznymi, jadłem tyle, że Wieczorem, kładąc się do łóżka czułem się okropnie. Męczyłem się z tą tuszą niemiłosiernie. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek bym się na to zdecydował.
[b]Ale pan chyba lubi wyzwania?! Podejmował je pan nieraz.[/b]
Myśli pani o filmie „Nieodwracalne”?
[b]Tak, wystąpił pan w filmie Gaspara Noe, który wszystkich zaszokował. Co więcej, zagrał pan razem ze swoją żoną Monicą Bellucci, która w tym obrazie wzięła udział w drastycznej, naturalistycznej, trwającej kilkanaście minut scenie gwałtu.[/b]
To była dla nas obojga bardzo poważna decyzja. Gaspar namawiał nas na wspólny, erotyzujący film, taki, który – jak mówił – przyćmiłby „Oczy szeroko zamknięte” Kubricka, gdzie wystąpiła para Kidman – Cruise. Długo o tym myśleliśmy, oglądaliśmy „Imperium zmysłów”, „Historię O”, kusiło nas, żeby taką rękawicę podjąć. Ale w końcu uznaliśmy, że nie chcemy, nie damy rady. Wtedy Gaspar podrzucił nam inny scenariusz – właśnie „Nieodwracalne”. To już był film nie o seksie, lecz o przemocy i odpowiedzialności za swoje czyny.
[b]Od pana żony wymagał ogromnej odwagi. Był pan na planie, gdy kręcono scenę gwałtu?[/b]
Chciałem być, ale Monica zaoponowała. Powiedziała, że to nie będzie dla niej wsparcie, lecz przeszkoda. Potem, gdy obejrzałem tę scenę na ekranie, zacząłem się śmiać. Nie wiem dlaczego. To była psychiczna obrona. Mój brat, który jest twardym facetem, podczas pokazu w Cannes nie wytrzymał nerwowo. Zaczął krzyczeć: „Gaspar, ty skur..., dorwę cię!”. Ja nie mam z tą sceną problemu, bo uważam, że była w filmie potrzebna. Bez niej ta opowiadana od końca historia, byłaby niewytłumaczalna. Ale byłem i jestem pełen uznania dla determinacji Moniki.
[b]Pan chyba lubi pracować z żoną. Zrobiliście przecież razem wiele filmów. A pamiętam, że Jeremy Irons opowiadał mi, iż jego wspólny występ z Sinead Cusack omal nie skończył się rozwodem.[/b]
Często słyszę takie opowieści.
I się dziwię. Ja uwielbiam grać z Monicą. Rozumiemy się świetnie, możemy sobie pozwolić na znacznie więcej niż z obcym partnerem. Poza tym rzadko trafia się partnerka równie profesjonalna jak Monica.
[b]Pan jako dziecko z aktorskiej rodziny chyba bardzo ceni profesjonalizm?[/b]
– Oczywiście, bo to on pozwala pokonywać własne niemożności. Kiedy miałem zagrać w „Nienawiści” Mathieu Kassovitza, nikt nie wierzył, że jestem w stanie to zrobić. Chłopak z Paryża, z artystycznej rodziny miał wcielić się w mieszkańca przedmieść, człowieka pozbawionego perspektyw, agresywnego, tragicznego. Kiedy potem mi ludzie mówili, że byłem bardzo przekonujący, uwierzyłem, że będę aktorem.
[b]Czym jest dla pana aktorstwo?[/b]
Po pierwsze jest to zajęcie bardzo fizyczne. Nie bez powodu mówi się, że ciało jest narzędziem pracy aktora. Ja to zrozumiałem wcześnie. Jako chłopak trafiłem do akademii cyrkowej i tam nauczyłem się panować nad własnym ciałem. Aktorstwo to nie gadanie. To ruch, to zwierzęcy instynkt. Dlatego w filmach tak dużą wagę przywiązuję do wyglądu i ubrania moich bohaterów. Ale aktorstwo jest też zawodem, w którym człowiek stale sięga do własnej duszy. Dlatego inaczej gra 20-letni chłopak, a inaczej 45-letni mężczyzna, który ma za sobą niejedno doświadczenie, często poznał już szczęście ojcostwa i ból towarzyszący odchodzeniu bliskich. Facet, który swoje przeżył, przeczytał, przemyślał. Myślę, że teraz widzowie coraz częściej będą dostrzegać na ekranie moją dojrzałość.
[ramka]
[b]Vincent Cassel[/b]
Jest przystojny, bardzo męski. I lubi grać czarne charaktery. Urodził się 23 listopada 1966 roku w Paryżu. Jego ojciec Jean-Pierre Cassel był popularnym francuskim aktorem, matka Sabine Litique – dziennikarką. Jako 17-latek chodził do szkoły cyrkowej, potem grał na scenie pod kierunkiem samego Jeana-Louisa Barraulta. Karierę aktorską zaczął od serialu „Piękna Angielka”. Jego kinowym debiutem był melodramat „Trudno jest zostać ojcem”, ale pozycję wyznaczyła mu rola dresiarza Vinza w „Nienawiści” Mathieu Kassovitza. Inne ważne role zagrał w „Purpurowych rzekach” Kassovitza, w „Nieodwracalnych” Noe’a, „Ocean’s Twelve: Dogrywka” i „Ocean’s 13” Soderbergha, wreszcie „Wschodnich obietnicach” Cronenberga. Od 1999 roku jest mężem Moniki Bellucci, mają pięcioletnią córkę Devę. W maju przyszła na świat ich druga córeczka. [/ramka]
Wróg publiczny numer jeden
1.15 | canal+film | poniedziałek
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA