fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

MŚ 2010 - RPA

Książę Asturii przychodzi na czas

David Villa, urodzony 3 grudnia 1981. Król strzelców Euro 2008. Kluby: Sporting Gijon, Saragossa, Valencia, a od nowego sezonu Barcelona
AFP, Carl de Souza Carl de Souza
Zdobył już dla Hiszpanii cztery bramki, ciągle jest pod prądem, gdy ma piłkę przy nodze, obrońcy biją na alarm
Wiele na niego spadło komplementów podczas mundialu, ale żaden tak celny jak ten. „Historia czeka, a on lubi być punktualny” – napisał komentator „Marki”, dziękując za gola, który dał Hiszpanii ćwierćfinał.
David Villa zawsze przychodzi na czas. W debiucie na mistrzostwach świata cztery lata temu zdobył dwa gole. W pierwszym meczu mistrzostw Europy – trzy. W RPA ma już cztery, tyle, ile dwa lata temu w Austrii i Szwajcarii wystarczyło, by został królem strzelców. Już jest lepszy od Raula, Butragueno, Michela i innych strzelców Hiszpanii. Żaden z wielkich nie zdobył więcej niż pięć goli na mundialu, on ma siedem. I każdy z RPA na wagę awansu Hiszpanii do kolejnej rundy.
[srodtytul]Pod prądem[/srodtytul]
„Wiele jest w hiszpańskiej reprezentacji piękna i dobrych piłkarzy, ale na alarm trzeba bić tylko wtedy, gdy on ma piłkę przy nodze” – napisał po meczu z Portugalią argentyński „Ole”.
Villa jest dla swojej drużyny tym, kim Robben dla Holandii, Messi dla Argentyny, ale Xaviemu przypomina raczej Christo Stoiczkowa. Instynktem, wyczuciem momentu i przestrzeni, przyspieszeniem, pazernością na gole. Tym że, jak mówi Gerard Pique, ciągle jest pod prądem. Nie komplikuje. Zawsze wie, gdzie są bramka i obrońcy. Strzela z każdego miejsca, każdym sposobem, gole ma w głowie czy – jak chce hiszpański idiom – „między brwiami”. Spośród najlepszych strzelców ligi hiszpańskiej najczęściej uderza bez przyjmowania piłki.
[srodtytul]Villa maravilla[/srodtytul]
Charakterem Stoiczkowa nie przypomina, cios w twarz rywala z Hondurasu to wyjątek, choć ciągle trudno zrozumieć, jak FIFA mogła mu to puścić płazem.
Strzela z regularnością Gerda Muellera. W lidze średnio częściej niż w co drugim meczu, a w reprezentacji ma już 42 gole w 62 spotkaniach. Dwa dzielą go od Raula, najlepszego strzelca kadry. Villa zabrał mu miejsce w składzie, potem numer 7 na koszulce, a końcu postawił kropkę przy jego reprezentacyjnej karierze. Luis Aragones mógł z Raula zrezygnować, bo miał piłkarza nie mniej skutecznego, a niepróbującego wyręczać trenera w ustalaniu taktyki i niegrożącego buntem, gdy coś idzie nie po jego myśli.
Od kilku lat znają tę piosenkę na stadionach Primera Division, a teraz wszędzie tam, gdzie gra Hiszpania: „Illa, illa, illa, Villa maravilla”. Maravilla znaczy cud, ale jego ciągle nazywają El Guaje. Tak w Asturii mówili na pomocnika górników, dziś to znaczy po prostu dzieciak. Z kolczykiem w uchu, wypielęgnowanym kawałkiem zarostu na brodzie, który polska ulica nazywa od pewnego czasu wentą.
Villa to wnuk górnika, syn górnika, piszą o nim, że zawsze wie, skąd wykopać złoto, ale od małego wiedział, że od szybów chce się trzymać z daleka. Pamiętał wypadek ojca, nerwy matki czekającej na jego powrót z pracy. Widział, jak rodzinna Tuilla, w której był kościół, trzy kopalnie i niezła – jak na wioskę z 5 tysiącami mieszkańców – drużyna piłkarska, musiała w latach 80. zaczynać wszystko od nowa, bo górnictwo przestawało być dumą regionu.
[srodtytul]Nowa szatnia[/srodtytul]
Nie zapomina, skąd wyszedł. Ani o Asturii, ani o Sportingu Gijon, w którego szkółce się wychował (w Realu Oviedo go nie chcieli, powiedzieli, że jest za mały i kiepsko rokuje). Na bucie nosi Krzyż Zwycięstwa, herb Asturii, choć akurat podczas mundialu ma jej flagę. Na drugim flagę Hiszpanii, na obu imiona córek: Zaidy i Olalli, oraz D&P jak David i Patricia, żona, która nie musi się bać, że znajdzie zdjęcie męża w którejś z plotkarskich gazet. Villa nie ma gwiazdorskich manier, jest mało skomplikowany, nie przebije się na czołówki ze swoim komentarzem do meczu. Choć potrafi rozczulić dziennikarzy, gdy opowiada pod szatnią, że rodzina mu przyniosła szczęście, bo w ostatnią niedzielę była u Najświętszej Panienki. U Virgen de Covadonga z Cangas de Onis, asturyjskiej Częstochowy.
Niektórzy mówią, że brakuje Villi charyzmy, błysku poza boiskiem. Inni – że meczów w Lidze Mistrzów. Grał w niej tylko jeden sezon. W Sportingu nie miał na to szans, w Realu Saragossa też, do Valencii przyszedł, gdy dryfowała. Teraz to się powinno zmienić. Z golami z mundialu wróci do nowej szatni.
Barcelona kupiła go kilka tygodni temu za 40 mln euro, mimo że ówczesny kandydat, a dziś już prezes klubu, Sandro Rosell tłumaczył, że lepiej poczekać, może po mistrzostwach cena spadnie. Nie on pierwszy się przekonał, że o Villi lepiej nie mówić nic, dopóki za niego nie przemówią gole.
[i]Paweł Wilkowicz z Johannesburga[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA