fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Kasa na czterech łapach

Fotorzepa, Przemek Wierzchowski
Amerykanie chętnie fundują swoim zwierzakom aparaty ortodontyczne, interaktywne zabawki, specjalne rejsy czy letnie obozy rekreacyjne. Tylko w tym roku wydadzą na ten cel niemal 48 miliardów dolarów
[wyimek][b]Masz uwagi?[link=http://blog.rp.pl/zwierzeta/2010/07/02/kasa-na-czterech-lapach/" "target=_blank]Skomentuj na blogu[/link][/b] lub napisz list na [mail=zwierzetailudzie@rp.pl]zwierzetailudzie@rp.pl[/mail][/wyimek]
[b][link=http://www.rp.pl/temat/449164.html]Więcej publicystyki ekonomicznej co piątek w dodatku {eko+}[/link][/b]
Recesja? Jaka recesja? – mogą zapytać amerykańscy biznesmeni, którzy wyspecjalizowali się w produkcji przedmiotów i oferowaniu usług dla mniej lub bardziej futrzastych milusińskich.
Według ostatnich statystyk w Stanach Zjednoczonych wciąż rośnie liczba osób, które mają jakieś zwierzę domowe. Są już one w 62 proc. gospodarstw, a więc przy ponad 71 mln rodzin. W przeciwieństwie do bankowców czy koncernów motoryzacyjnych przedstawiciele tej branży nie mogą więc narzekać na spadki dochodów czy choćby chwilowy zastój.
[wyimek] Jednym z powodów jest rosnąca w USA liczba bezdzietnych kobiet, które gotowe są przeznaczyć fortunę na swoje psy, koty czy inne zwierzaki. Właściciele pamiętają już nie tylko o urodzinach czworonoga. Kupują im prezenty także z okazji np. walentynek[/wyimek]
– Dane, którymi dysponujemy, pokazują, że Amerykanie nie tylko nie tną wydatków na zwierzęta, ale ciągle je zwiększają. Przypuszczam, że dzieje się tak między innymi dlatego, że traktują je jak członków rodziny – mówi "Rz" Allison Anderson z Amerykańskiego Stowarzyszenia Produktów dla Zwierząt (APPA).
Według szacunków APPA tylko w tym roku mieszkańcy USA wydadzą na psy, koty i inne zwierzaki niemal 48 mld dol. (ok. 164 mld zł). Już teraz jest to więc kwota przewyższająca wartość PKB w kilkudziesięciu państwach świata, a zdaniem ekspertów wiele wskazuje na to, że wciąż będzie jeszcze rosła. –Właściciele psów podążają także za różnymi trendami, choćby za modą na rzeczy przyjazne środowisku. To również korzystnie wpływa na naszą branżę – dodaje Allison Anderson. Taką tendencję widać zresztą od wielu lat. W ubiegłym roku "branża zwierzęca" zanotowała 45 mld dol. przychodów, a więc niemal dwukrotnie więcej niż w roku 1998.
[srodtytul]Interaktywne walentynki[/srodtytul]
Jeśli chcesz mieć w Waszyngtonie przyjaciela, weź sobie psa – słynne zdanie wypowiedziane przez prezydenta Harry'ego Trumana zdaje się nie tracić na popularności. A jeśli weźmie się też pod uwagę rosnącą liczbę bezdzietnych kobiet, to trudno się dziwić, że psy, koty i inne zwierzaki są w USA coraz bardziej rozpieszczane. Właściciele pamiętają już nie tylko o urodzinach swojego czworonoga. Znawcy rynku szacują, że ok. 6 proc. właścicieli zwierząt kupuje im prezent także na walentynki.
I choć nie wiadomo, czy pies rzeczywiście doceni różnicę między obrożą z hipermarketu a markowym "naszyjnikiem" za 300 dol., a także czy nie będzie się wstydził paradować po osiedlu w jedwabnym wdzianku za ponad 1000 dol., to chętnych na takie produkty nie brakuje. Jeśli ktoś nie zna się na psiej modzie, a chce materialnie wyrazić miłość do psa, może kupić mu designerski kojec. I w tym wypadku nie ma gwarancji, że czworonóg ucieszy się z niego bardziej niż ze zwykłego legowiska kupionego gdzieś na garażowej wyprzedaży. Lepiej więc zainwestować w jakąś superzabawkę.
– Wiele osób decyduje się na droższe, ale za to interaktywne zabawki, które są wyposażone w systemy elektroniczne i poruszając się, wzbudzają większe zainteresowanie zwierząt niż te tradycyjne piszczące – zauważa Allison Anderson. – Wymagają one też udziału właściciela, więc wzmacniają wzajemną więź.
Niektórzy eksperci zalecają jednak, by zamiast wydawać pieniądze na kolejne zabawki, rozpieszczać zwierzaki lepszej jakości karmą. Wiele tańszych produktów może ponoć prowadzić do kłopotów ze zdrowiem. O kondycję zdrowotną zwierzaka Amerykanie mogą też zadbać, kupując zaprezentowane na tegorocznych targach Global Pet Expo specjalne wdzianko, które można podgrzać w mikrofali lub ochłodzić w lodówce, przynosząc ulgę pupilowi np. cierpiącemu na artretyzm. Koszt? 25 – 60 dol.
[srodtytul]Futrzak u ortodonty[/srodtytul]
Dynamicznie w USA rozwija się też rynek zwierzęcej opieki zdrowotnej. Leczenie weterynaryjne pospolitych chorób to ok. 300 – 400 dol., ale w poważniejszych przypadkach rachunek może przekroczyć i 4 tys. dol. (ok. 13,5 tys. zł). W sumie, według szacunków firm ubezpieczeniowych, na weterynarzy Amerykanie wydają ponad 12 mld dol. rocznie.
Bardzo szybko rozwija się więc rynek zwierzęcych ubezpieczeń zdrowotnych. W 2008 r. szacowany był na 272 mln dol., w 2009 r. wzrósł do 332 mln, a pod koniec tego roku najwięksi ubezpieczyciele mają nadzieję zebrać 400 mln dol.
– Coraz więcej właścicieli zwierząt jest gotowych wydawać coraz więcej na opiekę nad swoimi pupilkami. Mniej więcej 5 proc. pracodawców, w tym takie firmy, jak eBay, Office Depot czy Hilton Hotels, oferują już grupowe programy ubezpieczeń zdrowotnych dla zwierząt dla pracowników – zauważa analityk finansowy Ray Martin cytowany przez CBS News. – Polisa pokrywa cenę zdjęć rentgenowskich, operacji chirurgicznych, testów laboratoryjnych i rutynowych wizyt – dodaje. Koszt? Za podstawowy plan trzeba zapłacić 10 – 30 dol. miesięcznie. Zdaniem Martina jego wykupywanie jest jednak nieopłacalne. Radzi, by zamiast tego odkładać pieniądze na leczenie psa, gdy ten jest jeszcze młody, a gdy się zestarzeje, zdecydować, czy chce się wydać te oszczędności na leczenie, czy "pozwolić naturze robić swoje".
Takie podejście jest jednak sprzeczne ze sposobem myślenia wielu Amerykanów, którzy zwierzęta traktują jak członków rodziny. Coraz częściej wydają więc pieniądze nie tylko na ratowanie ich życia, ale też np. na leczenie ortodontyczne. Właśnie tak! Psy z wadą zgryzu coraz częściej mają więc zakładany aparat stały (dzięki temu, gdy warczą, wyglądają jak typowy amerykański nastolatek).
– W naszej klinice decydujemy się na korygowanie tylko poważnych wad. Gdy przychodzi do nas ktoś, kto chce założyć psu aparat tylko dlatego, że jego uśmiech wygląda śmiesznie, stanowczo to odradzamy – mówi "Rz" Linda z gabinetu Psiego Dentysty w Los Angeles. – Koszt takiej terapii zależy od jednostkowego przypadku. Średnio to ok. 4 tys. dol. – dodaje.
Niektórzy Amerykanie fundują też zwierzakom operacje plastyczne. Np. w przypadku buldogów popularne są operacje nosa, które ułatwiają tym psiakom oddychanie. Inni stawiają zaś na medycynę Dalekiego Wschodu i czworonogom cierpiącym na artretyzm, astmę czy alergię opłacają akupunkturę. Jest ona też ponoć skuteczna w przypadku zbyt nerwowych psów.
Właściciele dbają też o zdrowie psychiczne zwierzaków w bardziej tradycyjny sposób. Niektórzy wydają tysiące dolarów na psychoterapię, leki antydepresyjne – np. prozac dla szczeniaka, który nie lubi zostawać sam w domu – lub opiekunkę, która dotrzyma psu towarzystwa, dopóki pan/pani nie wróci z pracy. Oszczędniejsi kupują nagrania do słuchania przez czworonogi, gdy nikogo nie ma w domu. Już za 8,99 dol. można kupić w Internecie płytę z serii "Kojące historie i muzyka dla samotnych psów". Lektorzy czytają historie, z którymi psy mogą się utożsamiać, jak "Spacer w parku", "Kocham drzemki" czy "Moje ulubione zabawki".
[srodtytul]Rejs, hotel i spa[/srodtytul]
W USA zwiększa się też liczba pracodawców, którzy pozwalają codziennie przychodzić do biura ze swoim zwierzakiem. Tydzień temu obchodzony był zaś ogólnonarodowy dzień pod hasłem "Zabierz psa do pracy", w którym udział wzięły firmy zazwyczaj nie aż tak otwarte na czworonożnych przyjaciół pracowników. – Zgoda na wzięcie zwierzaka do biura sprawia, że pracownik staje się bardziej efektywny. Nie myśli o tym, co dzieje się z jego psem – przekonuje Allison Anderson.
O swojej miłości do psów zapewniają także przedstawiciele wielu firm w położonej pod Waszyngtonem Alexandrii. Do przystani w tym niedużym portowym mieście przybijają teraz głównie motorówki, jachty i wycieczkowe statki z turystami. W ofercie jednego z rzecznych przewoźników są rejsy dla tych, którzy chcą od strony Potomaku obejrzeć najważniejsze waszyngtońskie pomniki, polecana dla dzieci wycieczka z piratami i… "psi rejs". Rejs dla psów to ponoć przeżycie, w trakcie którego wszyscy mogą zawyć z radości. Zasada jest prosta: za 40-minutowe zwiedzanie portu dwunożni dorośli płacą 15 dol., a ich czworonożni właściciele płyną gratis.
– Specjalne rejsy dla psów oferujemy już od kilku lat, ponieważ ludzie w Aleksandrii uwielbiają spędzać czas ze swoimi czworonogami – mówi "Rz" Charlotte Hall z Potomac Riverboat Company. Jej firma oferuje dwie takie wycieczki w tygodniu. – I wciąż zyskują one na popularności. Na rejsy przychodzi od 25 do 50 właścicieli z psami. To miły sposób na 40 minut relaksu – dodaje Charlotte Hall. O zwierzętach pamięta też mim – Balonowy Człowiek, który w tym samym porcie zarabia na zabawianiu dzieci. – Darmową karmę i picie dla psów serwuję tutaj już od siedmiu lat – chwali się pochodzący z Indii Bipin Vaja.
Taki rejs to jednak tylko namiastka prawdziwej rozrywki dla psa. W całej Ameryce powstaje więc coraz więcej ośrodków, które organizują co najmniej dwutygodniowe letnie obozy dla psów. Oczywiście jadą one tam ze swoimi właścicielami, którzy nie wyobrażają sobie, by nawet na krótki urlop pozostawić czworonoga samego.
– Obserwujemy ogromne zmiany demograficzne. Pies staje się coraz bardziej członkiem rodziny – przekonywali reportera telewizji CBS David Kralstein i Janice Costa, którzy prowadzą Canine Club Getaway.
Amerykanie, którzy nie mogą jednak wyjechać z czworonogiem, a nie mają zaprzyjaźnionych psiarzy lub kociarzy, nie muszą jednak skazywać go na kilka dni w podłym schronisku: hotelowe lobby z tlącym się w rogu kominkiem, w pokojach telewizory, z których emitowany jest Animal Channel, a do tego 24 godziny na dobę obsługa hotelowa. To tak obecnie wyglądają hotele dla psów. – Gdybyś wyjeżdżał z miasta, sam chciałbyś tutaj zostać. Wszystkie nasze pokoje są jednak zarezerwowane dla czworonożnych gości – słyszymy w reklamie PetsHotel.
A jeśli po powrocie właściciel chciałby wynagrodzić samotność swojemu czworonożnemu przyjacielowi, może zabrać go choćby do zwierzęcego centrum odnowy biologicznej.
[i] Jacek Przybylski z Waszyngtonu [/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA